Bezpańskie państwo

0
25

Bezpańskie państwo

Sztubackie podchody posłów opozycji i aktywistów antyrządowych pod białoruską granicą przerwało w końcu ogłoszenie stanu wyjątkowego, co uchroniło ich przed ostateczną kompromitacją.

Pod hasłem obywatelskiego nieposłuszeństwa i obywatelskiego humanitaryzmu zawodowi aktywiści antyrządowi zabawiają się w sabotażystów, niszcząc zasieki graniczne. Sądy nie orzekają aresztu – niech nadal prowadzą swe „akcje”, a nawet – jak to czynią niektórzy z nich – włączają się przerzut nielegalnych imigrantów, którym udało się przejść przez granicę, do krajów brukselskich.

Zwolennicy otwartego społeczeństwa realizują białoruski pomysł otwartych granic. Wtórują im opozycyjni posłowie, pajacując w łukaszenkowskiej ustawce. Niezależnie od tego, wszyscy zapominają, że ich poczynania są antyunijne, gdy KE potępiła agresję białoruską.

Infantylna błazenada opozycji na granicach państwa, jakiej nie było w krajach nadbałtyckich, świadczy niewątpliwie o jej niedojrzałości politycznej, o braku kultury politycznej, nie mówiąc o powinnościach wynikających z polskiej racji tanu.

Tymczasem dziennikarze pytają resortu spraw wewnętrznych, czy będą odszkodowania dla przedsiębiorców w strefie przygranicznej z tytułu wprowadzenia stanu wyjątkowego. Nie interesują ich szkody, jakie wyrządzili pajacujący aktywiści i pracownicy mediów na prywatnych gruntach przygranicznych rolników.

Chociaż nielegalnych migrantów nigdy nie brakowało, to jednak nie stali się oni przedmiotem zainteresowań instytucji państwowych w postaci sformułowania racjonalnej polityki imigracyjnej. Co innego różnego rodzaju miłośnicy praw człowieka, antyrządowa administracja samorządowa czy rzecznicy praw obywatelskich – pełniący honory gościnnego domu. Ciekawe, że nigdy ich nie widziano w przepełnionych noclegowniach dla bezdomnych czy przed klasztorami, wydającymi obiady bezrobotnym.

Przed olsztyńskim młodzieżowym audytorium antyrządowym tow. Leszek Balcerowicz pozwala sobie obrażać dziennikarzy, proponując internetową „listę dziennikarskiej kanalii jako współczesny odpowiednik pręgierza”. Nierozliczony transformator grubokreskowy kreśli przed młodzieżą wizję przyszłości pod rządami PO. Zapowiadana przez posła Sławomira Nitrasa walka z przywilejami katolików już przyniosła rezultaty. W Podkowie Leśnej zbezczeszczono grób ks. Leona Kantorskiego (zasłużony dla miasta, działacz opozycji antykomunistycznej). Antyklerykalne barbarzyństwo to element ambitnego programu opozycji, adresowanego do młodzieży.

Polska, dysponując czwartą armią w zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej, przegrała II wojnę światową. Do tej pory nie policzono strat, nie uzyskano reparacji i odszkodowań. A polskojęzyczne media głoszą, że wojnę wywołali naziści. Nie ma więc do kogo adresować rachunków za niemieckie barbarzyństwo. Nie oznacza to jednak, by nie domagać się wyrównania strat.

Uzależnienie gospodarcze

Sądownictwo sankcjonuje bezkarność bluźnierców antykatolickich. Służby państwowe są bezradne wobec plagi wilków czy dzików z ASF (miłośnicy przyrody protestują). Służby skarbowe z trudem ścigają unikających płacenia podatków, gdy raje podatkowe powstają w krajach brukselskich. Nasz kraj jest zaiste dobrym miejscem na biznes, gdy np. sieci handlowe kręcą z podatkami i udają placówki pocztowe, gdy można tu do woli i bezkarnie składować (import) śmieci. Jednak perspektywy rozwojowe gospodarki określa obłędna brukselska polityka klimatyczna.

Służby, biznes, politycy, gangsterzy – czterech do brydża w obecnej rzeczywistości. W końcu można zrozumieć grubokreskową radość z odzyskanego śmietnika. Symbolem przemian było przekształcenie siedziby KC w giełdę papierów wartościowych. Nomenklatura i agentura uwłaszczyły się bezkosztowo. Jako kapitaliści, mogą wyzyskiwać pracowników, pod pretekstem wolnego rynku. Zwolnieni z likwidowanych PGR-ów, zakładali dynastie biednych i wykluczonych. Natomiast beneficjenci tego eldorado nie bez racji lansowali hasło – „wybierzmy przyszłość”, bo mieli przed sobą rozległe perspektywy, a żadnej odpowiedzialności za lata komuny.

Aktywizm samorządowy

Łódzka prezydentka tak dała się we znaki mieszkańcom, że postanowili ogłosić referendum, by ją odwołać. Niestety nie zebrano wystarczającej liczby podpisów, co zapewne zmobilizuje łódzkich samorządowców do dalszej szkodliwej dla mieszkańców działalności oraz zarządzających innymi miastami do poczynań antypaństwowych. Wcześniej radni – niepewni wyników referendum – w swej uchwale zwrócili się do komisarza wyborczego, by umożliwił „czynnikowi społecznemu” udział w weryfikacji podpisów. To niedemokratyczne przekroczenie kompetencji, ale tak właśnie łódzcy radni PO pojmują demokrację.

Zwrot mienia, zagrabionego przez komunistów, był powinnością wszystkich rządów po 1989 roku. Co więcej, rząd Tomasz Mazowieckiego zezwolił na komunalizację mienia Skarbu Państwa, co nie tylko utrudniło reprywatyzację, ale umożliwiło rozległy handel roszczeniami (nierzadko dzięki przychylności sądów i biurokracji miejskiej). Taka złodziejska reprywatyzacja rozwijała się z powodzeniem w wielu miastach (za przykładem stolicy). Mówi się, że ze wstydu za przekręty zawłaszczeniowe zapaliło się krakowskie archiwum miejskie.

Tymczasem aktywiści miejscy dekonstruują miasta. Zwężają ulice, likwidują przejścia podziemne. Permanentne korki mają być urozmaicone przez drzewa i obfitą zieleń oraz trawniki kwietne. Historyczna zabudowa nie ma znaczenia – ważniejsze są ściany zieleni, hulajnogi, ścieżki rowerowe i płatne miejsca parkingowe. Tak dzieje się w stolicy, bo na prowincji trwa betonowanie miast.

Co roku rozpisuje się konkursy na tzw. budżety obywatelskie. Próżno w nich szukać postulatów rozwoju komunikacji miejskiej, budowy podziemnych parkingów czy toalet publicznych. „Dziś bardzo bym chciała udzielić tęczowego ślubu w Gdańsku” – marzy prezydentka tego miasta. Podobne rojenia artykułują stołeczni włodarze.

Co bardziej ambitni radni miejscy konkurują z resortem edukacji, uchwalając programy nauczania o elgiebetyckiej różności i genderowej równości, o wychowaniu seksualnym i niedyskryminacji. Zaś partyjna biurokracja rozkłada spółki miejskie, a w stolicy nie potrafią nawet zarządzać taksówkami, nie mówiąc o oczyszczalni ścieków. Tymczasem samorządy wycofują się ze swoich deklaracji prorodzinnych w obawie o pozbawienie brukselskich funduszy. Unijny szantaż i unijne bezprawie.

Między prawem a kłamstwem

Nowy RPO kontynuuje działalność starego w dyskredytowaniu polskiego sądownictwa. Z uporem prowincjonalnego kauzyperdy wnioskuje o zmianę składu sędziowskiego TK tuż przed rozpoczęciem rozprawy. To wstrzymuje postępowanie, ale przede wszystkim lekceważy ten konstytucyjny organ. Niezależnie od tego, rzecznik optuje za orzeczeniami TSUE,  przeciw rozstrzygnięciom TK – tak rozumie obronę praw polskiego obywatela. Zapomniał, że kształtowanie wymiaru sprawiedliwości to kompetencje naszego państwa, zawarowane  tzw. protokole brytyjskim.

KRRiTV – udzieliła koncesji nomenklaturowo-agenturalnym nadawcom komercyjnym, co było dopełnieniem grubokreskowej transformacji. Jeden z nich nie spełnił warunków ustawowych (udział kapitału zagranicznego do 49 proc.), a mimo to działa pełna parą, w dodatku stosując agresywną optymalizację podatkową. Co do treści, to stał się synonimem przemysłu pogardy, nienawiści, hejtu i fejków. I nic to, że taka działalność zagraża wolności słowa i demokracji, nie mówiąc o schamieniu debaty publicznej.

Większość ankietowanych przez analityków opinii społecznej uważa, że współpraca za służbami specjalnymi PRL dyskwalifikuje dziennikarza. Jednak proces lustracji mediów – publicznych i komercyjnych – nie odbył się. Czy zatem  mogą być oni wiarygodni – pytanie retoryczne. Nie inaczej w sądownictwie. Gdy powołano sąd lustracyjny, zgłosił się tylko jeden sędzia (miało być 21). Niemniej tu sprawa poważniejsza, bo przecież brak sprawiedliwości to podwójna zbrodnia na ofiarach przestępstw.

Tymczasem z sondaży CBOS wynika, że 48 proc. odbiorców uważa, że rzeczywistość telewizyjna odbiega od tej, jaka jest naprawdę. Większość telewidzów – 56 proc. – odczuwa niedosyt informacji i nie do końca im ufa. Niestety nie mają oni wiele do powiedzenia. Próba upodmiotowienia odbiorcy mediów, podjęta przez senatora Jana Szafrańca, który w 1993 roku zorganizował Stowarzyszenie Ochrony Radiosłuchacza i Telewidza – nie powiodła się. Jak pisał C.K. Norwid – „naród, który się oburza, ma prawo do nadziei, ale biada temu, który gnije w milczeniu”.

Narracja zamiast historii

Olsztyńska uczelnia udostępnia swe pomieszczenia dla fundowanej przez niemieckich sponsorów imprezie pogaduszkowwej, na której przegrani politycy opozycyjni usiłują zainspirować młodzież, jak destabilizować państwo. W końcu po reformie nieodżałowanego Jarosława Gowina, autonomizacja uczelni poszła tak daleko, że resortowi nauczyciele akademiccy rozszerzają naukową paletę nie tylko o neomarksizm i gender, ale także o coraz to nowe – i bardziej postępowe – izmy (ekologizm, elgiebetyzm, weganizm, klimatologizm), czy lewacko-liberalny totalitaryzm. Cokolwiek by mówić o pedagogach, to deprawacja młodzieży antywartościami przyczynia się do destrukcji jej tożsamości i erozji tradycyjnej wspólnoty narodowej.

Leon Kieres (IPN) nie odpowiedział na list stu naukowców w USA o ekshumację w Jedwabnem. Sąd nie rozstrzygnął kwestii odpowiedzialności za zbrodnię, a już prezydent Aleksander Kwaśniewski przyznał rację stronie żydowskiej. Antypolska publicystyka Jana Tomasza Grosa zepsuła opinię o Polakach w USA. Ludzie wiedzą o Jedwabnem, a nie wiedzą o Katyniu. W Niemczech ukazało się już ponad dwieście artykułów prasowych o Jedwabnem, wybielających sprawców niemieckich. Polski resort spraw zagranicznych nie protestuje. Jak na razie mieszkańcy Jedwabnego nie występują z powództwa cywilnego o odszkodowania za bezpodstawne oskarżenia i dyskryminację.

Tymczasem izraelskie wycieczki szkolne, obstawiane ochroniarzami z ostrą bronią, zwiedzają KL Auschwitz-Birkenau z zagranicznymi przewodnikami, przekazującymi młodzieży swoją wersję historii. Podobnie bez polskiego sprzeciwu (i wbrew realiom polityczno-historycznym) Ukraina ma szanse wejść o UE ze sztandarami banderyzmu.

Nie udało się godnie uczcić 100-lecia Odzyskania Niepodległości (choćby upamiętnienie w Warszawie). Nie odzyskano pisarzy emigracyjnych (m.in. bezcennej literatury Kresów) dla polskich czytelników, nie mówiąc o kanonie lektur szkolnych. Sergiusz Piasecki, Józef Łobodowski, Władysław Sebyła, Stanisław Baliński, Józef Mackiewicz czy Ferdynand Antoni Ossendowski – pozostają poza polską kulturą.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here