Kornel Morawiecki, przywódca formacji najbardziej radykalnych i najaktywniejszych przeciwników komunistycznej tyranii, nie był krytykiem absolutnie wszystkich działań reżimu.

       Niezliczoną ilość razy przewodniczący Solidarności Walczącej wskazywał na przeróżne błędy i zbrodnie PRL-owskiego systemu. W wielu swych publikacjach wymieniał bezlik gospodarczych absurdów zniewolonej komunizmem Polski. Doceniał jednak inwestycje takie, jak dająca szansę dywersyfikacji dostawców paliw budowa Portu Północnego czy zabezpieczające przed powodziami zbiorniki retencyjne. Jaruzelski był dla Morawieckiego postacią skrajnie negatywną. Zauważał jednak, że po trwających sześćdziesiąt lat nieudanych próbach zbudowania w Warszawie metra to właśnie rządom tej upiornej sowieckiej marionetki zawdzięczać należy takie uruchomienie tej inwestycji, które wreszcie zostało uwieńczone sukcesem. I to doceniał, „zaliczał na plus”. Na podobnej zasadzie prawdziwi polscy patrioci, nigdy nie godzący się z panowaniem rosyjskich zaborców, doceniali to, co dla Warszawy zrobił narzucony jej przez carat prezydent Sokrat Starynkiewicz. W szczególności wyposażenie miasta w zaprojektowaną przez Williama Lindleya kanalizację, która podniosła polską stolicę do higienicznych standardów znanych wówczas jedynie w kilku metropoliach Europy (np. Berlin mógł się pod tym względem z Warszawą równać dopiero 26 lat później).

      Jak do tego zwyczajnie uczciwego i trzeźwego oceniania działań władz narzuconych obcą przemocą ma się deklarowanie permanentnej furii przeciw czemukolwiek, co tylko zrobiłyby polskie władze wyłonione drogą demokratycznych wyborów?

      Na początku lat dziewięćdziesiątych Ojciec Józef Maria Bocheński stwierdził, że jednym z zasadniczych problemów Polski jest to, że „stanowczo za dużo mają w niej do powiedzenia ci, co lizali buty agentom moskiewskim”. Ten jeden z najwybitniejszych filozofów XX wieku za złą wróżbę dla swojej ojczyzny postrzegał to, że z komunizmu Polska wychodziła z nietkniętą choćby cieniem weryfikacji kadrą sądowniczą, uczelnianą, a także aparatem mediów i służbami w rękach de facto tych samych dysponentów. Autor „Stu zabobonów” ubolewał, że filary państwa, stanowiące o jego „być albo nie być”, pozostały w rękach ludzi przyzwyczajonych do sterowania z zewnątrz, oddanych służbie nie polskim lecz cudzym interesom. Trudno się też dziwić, że następców (w dużej mierze powoływanych na zasadach kastowych, w których regułą jest nepotyzm) formowano w nich „na obraz i podobieństwo” funkcjonariuszy przywykłych do służby obcym władcom. Obawy Ojca Bocheńskiego, autora niezrównanych w swej przenikliwości prac filozoficznych, niestety w dużej mierze się dziś spełniają. Jeśli dla dużej części elit państwa jego podmiotowość nie należy do wartości niezbywalnych to jego najbardziej żywotne interesy, włącznie z narodowym bezpieczeństwem, stać się mogą przedmiotem partykularnych gierek prowadzonych nawet wespół ze zdeklarowanymi państwa tego przeciwnikami. Np. Parlament Europejski często przypomina dziś salę sądu, w którym Polska wciskana jest na ławę oskarżonych a deputowani wchodzą w role jej obrońców lub oskarżycieli. Wydawałoby się, że rola każdego z posłów reprezentujących Polskę w procesie takim może być tylko jedna. Żaden adwokat przenigdy przecież nie wchodzi w rolę prokuratora. Nawet wtedy, gdy świetnie zna winy oskarżonego, nie tylko ich nie ujawnia, ale do utraty tchu wynajduje argumenty służący obronie tego, do czyjej obrony został powołany. A wśród eurodeputowanych wybranych w Polsce (zdawałoby się – w celu walki o interesy Polski i Polaków) nie brakuje specjalizujących się w szczuciu na kraj, z którego pochodzą, w wymyślaniu i postulowaniu sankcji, które jak najdotkliwiej Polskę mogłyby ugodzić. Czy działania takie mieszczą się w jakkolwiek pojmowanej „opozycyjności”? Rolą każdej opozycji jest przecież takie działanie, które – wskazując alternatywę dla kroków rządu – może być dla tego rządu niewygodne, ale zawsze służyć musi interesowi państwa. Nigdy – wyrządzaniem mu szkód. A tu często chodzi o szkody bardzo wymierne, wyrażane kwotami, które mają być odebrane. Koniecznymi dla bytu Polski inwestycjami, które skutkiem aktywności niektórych reprezentantów Polski – miałyby nie powstać. Czy działających w takim celu nazywać jeszcze można – opozycją? Ci, którzy dążą do wyrządzania państwu szkód, ponoszenia przez nie strat – nią już nie są. To jest już całkowicie co innego i zupełnie inaczej się nazywa.

      Ścigany przez reżim Kornel Morawiecki z trudem uchodził przed jego pościgiem, ale cieszył się, że temu reżimowi uda się wreszcie stolicę jego ojczyzny wyposażyć w metro. Powstańcy styczniowi cierpieli katorgę i dokonaną przez Rosję konfiskatę ich rodowych majątków. Wspierali jednak Rosjanina Starynkiewicza w jego pracy na rzecz Warszawy a w wyzwolonej Polsce opowiadali się za pomnikiem i placem jego imienia. Jak na tym tle rozumieć można polskich urzędników i posłów dążących do zadania Polsce materialnych strat? Do upośledzania jej rozwoju? Do odbierania funduszy na cele podobne do tych, jakie nawet w czasach zaborów polskim patriotom nakazywało popierać Rosjanina Starynkiewicza. Czy możliwe jest, żeby ktokolwiek, dla kogo Polska jest jakąkolwiek wartością, mógł myśleć i działać w taki sposób?

      Przeciw Polsce preparowane są też najpotworniejsze kalumnie w rodzaju „polskich obozów zagłady”, „polskiego udziału w holokauście”, „polskiego sprawstwa II wojny światowej”. Kim trzeba być, by będąc nie tylko Polakiem, ale reprezentantem Polski, do oszczerstw tych się przyłączać? W RFN działa wspomagane państwowymi pieniędzmi Powiernictwo Pruskie, którego celem jest podważanie polskiej własności na terenie zachodnich i północnych województw naszego kraju. Naród sprawców potrafi więc wystawiać rachunki narodowi swoich ofiar. A u nas są tacy, którzy potrafią stwierdzić, że „domaganie się reparacji od Niemiec jest zbrodnią”. Czym jest nagłaśnianie tego rodzaju stanowiska?

      A czy niszczenie infrastruktury służącej pilnowaniu granic naszego państwa zmieścić się może w najszerzej nawet pojętej „działalności opozycyjnej”? Jeśli mamy dziś w Polsce siły tak czynnie wpisujące się w plany sąsiada, który już dwukrotnie dokonał likwidacji naszej państwowości, to jaki będzie następny ich krok?

      Spór z mającymi legalny mandat do władzy jest rzeczą naturalną i nawet pożądaną. Opozycja może być źródłem alternatywnych propozycji, czynnikiem kontrolującym rządzących i motywujących ich do wytężania wysiłków w pracy na rzecz wspólnego dobra. W dziejach naszej ojczyzny bywało jednak tak, że wewnętrzny spór przestawał być działaniem o charakterze opozycji a stawał się zdradą. Jedynym, co uzyskali żądni władzy przeciwnicy Mieszka II było złupienie i degradacja państwa. Sami – padli ofiarą wywołanego przez siebie zamętu. Niczego innego nie uzyskali stronnicy Szwedów, w czasach Potopu marzący o koronie dla swojego obozu. Targowiczanie, zatroskani o przywileje swojej kasty, doprowadzili do likwidacji Rzeczpospolitej uzyskując tyle, że ich nazwiska do dziś kojarzą się z hańbą. Większość z nich utraciła też swoje majątki, których nie potrafili utrzymać w realiach podatkowych tych państw, którym zdecydowali się służyć.

Opozycja to konieczność, państwotwórcza oczywistość. Na wielu obszarach może polegać na polemice, ale w sprawach fundamentalnych wyłącznie na dążeniu do jedności i zgody. Targowica czy piąta kolumna to realizacja własnych interesów z korzyścią dla zbiorowości obcej, a szkodą dla własnej. Jeśli nasze państwo ma przetrwać, jego obywatele muszą umieć odróżniać jedno od drugiego.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here