Historię świata pisać można na różne sposoby, konstruując główny nurt ze składników wygodnych dla założonej tezy, a inne preparując lub eliminując.

      Za sprawą ciągle bardzo licznych historyków zawdzięczających profesorskie tytuły przynależności do PZPR i współpracy z SB, ciągle mamy np. do czynienia z bolszewicką (lub postbolszewicką, bo ci „naukowcy” nadal hodują następców na swój obraz i podobieństwo) wersją dziejów świata. Z ich wykładów i książek nadal dowiedzieć się możemy, że od czasów antycznych napędem wydarzeń była walka klas, której szczęśliwe ukoronowanie ziściło się w sowieckiej Rosji i która od 1917 roku uszczęśliwiała uciśnionych oraz rozdawała wolność wszystkim pragnącym jej narodom, np. Polsce. W dużej mierze zbieżna z tą narracją jest historia produkowana obecnie przez naukowców rosyjskich, całkiem serio twierdzących, że Moskwa od upadku Konstantynopola pełni rolę centrum cywilizacji, będącego w istocie „trzecim Rzymem”. Z takąż samą powagą uczeni ci głoszą, że Rosja w swej historii nigdy na nikogo nie napadła, a Polacy wykazują niewdzięczność, nie doceniając łaski, jaką było otoczenie ich opieką zarówno w wieku XVIII, jak XIX oraz we wrześniu 1939 r. Nie różni się to bardzo od dzieł angielskich historyków utrzymujących, że trwająca przez stulecia eksploatacja ogromnych ludów i olbrzymich obszarów kilku kontynentów była wielkim darem ofiarnej misji cywilizacyjnej. Nie mniejsza jest też bezczelność historyków niemieckich, których dzisiejsze wytwory zasadniczo nie różnią się od produktów z czasów Starego Fryca, Bismarcka czy Hitlera. Ludobójstwa dokonywane przez Krzyżaków to ich zdaniem również było „posłannictwo cywilizacyjne”. Jak bowiem wszystkim Niemcom wiadomo, są oni narodem „kulturtraegerów”, których dziejowym zadaniem jest niesienie zdobyczy kultury do dzikich krajów leżących na wschód od ich granic.

      Lektura niemieckich czy rosyjskich podręczników historii to rozrywka iście masochistyczna, ale gdy dowiadujemy się, jakie brednie wbijane są do głów młodych pokoleń niektórych naszych sąsiadów, przestajemy się dziwić zarówno karierom Dugina czy Żyrinowskiego, jak też kuriozom stanowiącym codzienność organów Unii Europejskiej. Wszystkie te „wersje historii świata” spychane są jednak obecnie w cień za sprawą zbioru faktów i (w większej mierze) przekłamań i mitów najskuteczniej nagłaśnianego jako główna oś dziejów ludzkości.

         Narodowa religia mająca stanowić obowiązujący wzorzec dziejów świata

Podróżowanie po Izraelu uświadomiło mi postępującą niespójność tego kraju. Jerozolimę i jej okolice w dużej mierze zamieszkują ortodoksyjni wyznawcy judaizmu. Przyrost naturalny jest tu rekordowy – rodziny z kilkunastoma dziećmi nie należą do rzadkości. Kłopot w tym, że ta część obywateli Izraela jest w takim stopniu skupiona na kulcie religijnym, że często nie ma czasu na pracę, a odmawia też służby wojskowej. Władze starają się temu przeciwdziałać, ale mimo to najsilniejsza demograficznie część populacji w dużej mierze utrzymuje się z zasiłków oraz jałmużny, nie wnosząc żadnego wkładu ani w gospodarkę, ani obronność kraju. Z kolei przemysłowa Hajfa oraz biznesowy Tel Aviv to Izrael, w którym szybko postępuje laicyzacja. Jej symbolem może być transwestyta, który kilka lat temu reprezentował izraelską piosenkę na festiwalu Eurowizji. Południowy klin tego państwa, którego głównym miastem jest Ejlat, w dużej mierze przypomina coś w rodzaju Las Vegas, tylko że najczęściej tam słyszanym językiem jest rosyjski, grażdanka występuje chyba równie często, jak alfabet łaciński, nie wspominając o żydowskim. Jakąkolwiek synagogę trudno i można odnieść wrażenie, że mieszkają tu głównie Rosjanie, którzy podając się za Żydów, skorzystali z okazji, by w ramach operacji Most czmychnąć ze zwijającego się w konwulsjach Związku Sowieckiego.

      Nasuwa się pytanie: co jest duchowym czy ideowym spoiwem tego państwa? Kondycja judaizmu nie stoczyła się jeszcze do standardów chrześcijaństwa z Niemiec czy Francji, ale jest na podobnym kursie. Generowanie nienawiści Palestyńczyków i wszystkich sąsiadów tyleż skłania do zbrojenia się po zęby, co szukania, na wszelki wypadek, alternatywnego miejsca osiedlenia. Samoloty latają więc do Warszawy, polskie paszporty są w cenie, wielka część polskiej deweloperki to inwestycje izraelskie… Co jednak może być substytutem religii, jeśli dla coraz większej części obywateli przestaje być ważnym tak tożsamy z narodem judaizm? Otóż jest już coś, co może być zarówno uzupełnieniem jak i alternatywą. Jest to „religia holokaustu”.

                                                    Narracja i jej ofiary

Narodowi, który uważa siebie za wybrany, szczególnie łatwo przychodzi stworzenie wizji dziejów świata, której to on byłby istotą. Szybko więc sklecona została historia ludzkości, której osią są dzieje Żydów, a wydarzeniem absolutnie najważniejszym i z niczym nieporównywalnym jest ich zagłada w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku.

     Uchwalone przez przywódców państwa niemieckiego w styczniu 1942 i realizowane przez Niemców „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” było oczywiście potworną  zbrodnią o skali liczonej w milionach zabitych, ale niestety – nie było jedynym ludobójstwem w dziejach. Do unicestwiania całych wielkich zbiorowości dochodziło już w pradziejach. Przez długi czas świat zamieszkiwały np. ludzkie gatunki – obok homo sapiens także neandertalczycy, naszym praprzodkom nie aż tak znacznie ustępujący pod względem wytwarzanej przez nich kultury. Niewykluczone, że cały ten gatunek został wytępiony przez ich pobratymców! Najdawniejsze księgi historyczne pełne są relacji o unicestwianiu całych plemion. Szczegółowo opisane jest wyrzynanie kolejnych narodów przez samych Izraelitów. Czasem argumentem było „urąganie Panu”, ale z jakiej przyczyny wymordowano np. wszystkich Madiawitów? W zdobytym Jerychu nie oszczędzili oni nawet niemowląt czy kobiet w ciąży, za pomoc w zdobyciu miasta zachowując przy życiu jedynie prostytutkę Racheb i jej rodziców. Aktem miłosierdzia wobec podbijanych ludów było obcinanie jąder wszystkim osobom płci męskiej. Obdarowani taką łaską, póki starczało im sił, służyli swym panom, po czym ich dzieje nieuchronnie odchodziły do przeszłości. W czasach późnego antyku przestał istnieć zamieszkujący Bałkany naród Ilirów, a w średniowieczu Niemcy wyeksterminowali plemiona połabskich Słowian oraz Bałtów. We wszystkich tych przypadkach trudno oszacować liczbę ofiar, ale odsetek wymordowanych członków każdej z tych zbiorowości zawsze był większy od strat Żydów w czasach holokaustu. W tych totalnych rzeziach często nie ocalał bowiem niemal nikt. Natomiast półtora miliona Ormian, wymordowanych w latach 1915-17, zarówno w proporcjach jak i liczbach bezwzględnych oznacza skalę zbrodni rzędu tragedii holokaustu. A wymordowanie w roku 1994 (wg danych ONZ) od 800 tys. do 1 mln 71 tys. plemienia Tutsi to śmierć może nawet większej części osób tej narodowości. Tę potworną statystykę można by wyliczać jeszcze długo. Czarnoskórzy Amerykanie przypominają np., że połowa niewolników sprowadzanych z Afryki przez stulecia nie przeżywała podróży przez Atlantyk i liczbę tych ofiar też należałoby liczyć w milionach. Część żydowskich polityków i liderów opinii forsuje jednak tezę, że osią dziejów ludzkości są nieszczęścia narodu żydowskiego z finałem dokonanego na nim w Polsce ludobójstwa. Jednym z cynicznych chwytów tej narracji jest akcentowanie, jakoby getta dla Żydów w dawnych Włoszech były przedsionkami XX-wiecznych komór gazowych. Prawda natomiast jest taka, że włoskim słowem getto nazywano część miasta, którą Żydzi sami otaczali murami, by ograniczać kontakty z gojami. Akcentowanie antyżydowskości Włochów służyć ma jednak narracji, według której preludium zagłady miało miejsce w kolebce katolicyzmu, by potem dokonać się w ojczyźnie katolickich Polaków. Mimo że zagłada Żydów w ogromnej mierze była organizowana i przeprowadzana przez wiele tysięcy gorliwych żydowskich kolaborantów – każdego z zabitych (także zabitych potem bezpośrednich sprawców śmierci tysięcy swoich rodaków) sakralizuje się mianem „kadosz” (święty zabity za wiarę). Na analogicznej zasadzie na bohaterów namaszcza się wszystkich żydowskich bandytów, którzy po amnestii z września 1939 r. opuścili więzienia i – nigdy nie wchodząc w drogę Niemcom – zajmowali się napadami na polskie wioski i dwory i mordowali ich mieszkańców. Mimo że wszystkie jakże anemiczne epizody żydowskiego oporu były wyjątkami w powszechnej regule bierności i kolaboracji z Niemcami, forsuje się dziś narracje, według których to Żydzi byli bojownikami o wolność, a Polacy – sprawcami zagłady. Oszczerstwo o tak niewyobrażalnej skali, pomimo swej krańcowej bezczelności, jest forsowane tym bardziej, że stanowi argument mający służyć tzw. „restytucji mienia żydowskiego”, gdyż „ci, którzy wymordowali Żydów, nie mogą przecież być posiadaczami majątków swoich ofiar”.

                                              Szanse triumfu oszczerstwa

Pat Buchanan, doradca kilku prezydentów USA i parokrotny kandydat na ten urząd, o żydowskich wpływach mawia, że „Stany Zjednoczone są jak terytorium pod okupacją Izraela”. Ma to swój wyraz w programach nauczania, w których Polacy występują jako sprawcy holokaustu. Podobnie rzecz się ma w mediach czy w kinematografii, produkującej antypolskie filmy. Wszystkie próby nakręcenia w USA opowieści np. o rotmistrzu Pileckim skończyły się tak, że prawa autorskie do scenariuszy zostały zakupione, ale jak się okazało tylko po to, by nie dopuścić do produkcji filmu. Podobnie bywa z książkami i filmami polskimi – ktoś kupuje prawa do dystrybucji, po czym okazuje się, że celem ich nabycia było niedopuszczenie do upowszechniania. Obecnie spodziewać się możemy włączania całkowicie zakłamanej wersji holokaustu do programów nauczania szkół w krajach Unii Europejskiej. W coraz większym więc stopniu będziemy się stawać celem gigantycznej i permanentnej oszczerczej kampanii. Już samo to, że ilość środków przekazu jest dziś większa niż kiedykolwiek wcześniej, pozwala się spodziewać, że z podobną propagandową furią nikt nie miał nigdy wcześniej do czynienia.

Dla nas oczywiste powinno być jedno: jakąkolwiek postać miałaby ona osiągnąć – nigdy nie wolno nam jej ulec.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here