15,8 C
Warszawa
czwartek, 21 października, 2021

LEGENDA STRAJKU

Must read

Ze strajków na  Wybrzeżu Gdańskim wracam do Warszawy  we wtorek drugiego września osiemdziesiątego roku. Strajk skończył się podpisaniem porozumienia, w którym jest mowa o kierowniczej roli PZPR. W poniedziałek rusza praca we wszystkich  strajkujących  do niedzieli zakładach. Komitety strajkowe przekształcają się  w komisje związkowe. Ale nie wszędzie   przywódcy   komitetów  zostają przewodniczącymi komisji.

Gdyńscy  stoczniowcy nie wybierali spawacza Andrzeja Kołodzieja na  przewodniczącego  Komisji Związkowej. Podobnie w  zajezdni  tramwajowej  w Nowym Porcie  w Gdańsku  nie wybrano do Komisji Związkowej  Henryki Krzywonos, oskarżonej  przez motorniczych i kierowców o to, że piętnastego sierpnia była łamistrajkiem.    

KIEDY GDAŃSK  BYŁ WARSZAWĄ

W poniedziałek zjeżdża do Gdańska tzw. opozycja demokratyczna. Bo przecież robić w polityce, to być w Gdańsku, a być w Gdańsku, to mieszkać  jeśli nie u Lecha Wałęsy, to u Anny Walentynowicz.  Kiedy na chwilę wpadam do niewielkiego mieszkanka Walentynowicz przy Grunwaldzkiej 49, zastaję  tam Jacka Kuronia. Podobno chciał się wprowadzić do Wałęsy, ale go  pani Danuta popędziła. Kiedy zaś w Sopocie idę  Monte Cassino, spotykam   Adama Michnika.

Zakonne izby w sąsiedztwie św. Elżbiety w Gdańsku okupuje tzw. opozycja  z alei Przyjaciół, z Koszykowej, z ulicy Narbutta, z alei Róż, z  ulicy  Klonowej  w Warszawie.  Bywają tu ludzie z TKN, z KIK-u, z tzw. Czerwonej Kanapy, a nawet z  KOR-u.

Spokojniej i luźniej jest u  księdza Hilarego Jastaka, proboszcza parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni.  Moje nazwisko od razu  kojarzy ks. Jastak z Leonem Mońko, jezuitą,  nauczycielem  powojennego Liceum Księży Jezuitów w Gdyni Orłowie,  kapelanem zgrupowania  „Baszta” w powstaniu warszawskim, a po sześćdziesiątym ósmym Krajowym Duszpasterzem Rodzin. – Kiedy pracowałem w Caritasie, posyłałem mu  mleko w proszku i  masło konserwowe – mówi ks. Jastak.

Nocą z soboty na niedzielę  siedzę w Zarządzie Portu Gdynia, w niewielkim baraczku Komisji Związkowej, gdzie do niedzieli mieścił się Komitet Strajkowy.  Niedawny szef strajku, Henryk Tarasiewicz,  został  przewodniczącym Komisji Związkowej, która wkrótce ma przybrać nazwę  Komisji Zakładowej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Portowców w Gdyni. – Trudno się opędzić od tych  z Warszawy, polityków pożal się Boże – powiada  Tarasiewicz. – Skłóceni ze sobą na noże,  najczęściej kompletnie pijani, próbują wciągnąć do swoich  interesów nas, portowców i stoczniowców.

Na takich rozmowach zeszła noc. Robił się dzień, gdy na Dworcu Gdynia wsiadłem do pociągu.  Był wtorek, drugiego września. Spałem do samej Warszawy. Po  prosto z pociągu dworca, idę na  cotygodniowe kolegium Tygodnika „Kultura”.

NIEUPRAWNIONY TWORZĘ WOLNE ZWIĄZKI. Po kolegium obchodzę kilka redakcji, wywieszając ogłoszenia  o  powołaniu  Tymczasowej Komisji Wolnych Związków Dziennikarzy, Wydawców i Pisarzy. W mojej redakcji, w „Kulturze”, zapisują się dwie maszynistki, goniec i kawiarka. Nie zapisuje się żaden  dziennikarz. W słowackiej redakcji Život przy  Foksal  zapisują się wszyscy, dziennikarze i administracja.

Gdy wywieszam ogłoszenie w sekretariacie  „Twórczości” przy Wiejskiej, zaczepia  mnie Kazimierz Brandys. – Wolne Związki? – dziwi się. – Pan niepotrzebnie wybiega  przed szereg.  Powiem więcej. Pan ten szereg zakłóca.   

Zza pleców  Brandysa  odzywa się Woroszylski:

– Pan jesteś nieuprawniony! W świecie opozycji jest pan intruzem!

Słowa  Woroszylskiego  doszły  do mnie  jakby z daleka, choć były wypowiedziane blisko. Zrobiło mi się gorąco.  Usłyszałem  bicie własnego serca i  szum w głowie. 

– Chce pan przewodzić Kijowskiemu, Brandysom, Mikołajskiej, Jastrunowi, Bratnemu?   – pyta  Woroszylski. – Oni byli przeciw komunie, kiedy pan jeszcze biegał  w krótkich spodenkach.  

– W krótkich spodenkach,  rowerem woziłem na placówkę NZW mleko i kwas  kapuściany dla rannych partyzantów, gdy pan  wychwalał  zbrodniarzy UB! Znacznie później przeczytałem te pańskie bolszewickie  życzenia „Czuwającym w noc noworoczną”:

           „No, a czego mam dziś życzyć wam,

towarzysze ze Służby Bezpieczeństwa?…

Towarzysze moi, silni i twardzi,

przyjaciele moi, niezawodni i pewni –

wybrano was, najlepszych z klasy i partii,

byście Rewolucji, jak córki, strzegli…”

Wyrecytowałem panegiryk  i, nie pożegnawszy się z nikim, znalazłem się na ulicy Wiejskiej. Po sześciu tygodniach  pobytu na Wybrzeżu Gdańskim, wracałem do domu. Gdy w końcu wszedłem do  swego M3 za „Żelazną Bramą”, żona powitała mnie w przedpokoju  okrzykiem:

– Boże,  takie zwycięstwo!   

– Nie ma zwycięstwa – powiedziałem. –Uciec do puszczy i hodować  pszczoły.

– Ale co ty mówisz?!  

Rozległ się dzwonek. Żona jęknęła:

        –Boże,  nie mów o puszczy. Niech będzie zwycięstwo. Bo  cioci pęknie serce.

KAŻDY  BYŁ NA STRAJKU W GDAŃSKU

Biegam, jeżdżę, podróżuję po kraju. Zakładam  Komisję Krajową  Solidarności Dziennikarzy  i  pomagam tworzyć komisje  zakładowe Solidarności  w  kilku województwach: elbląskim, części gdańskiego, części toruńskiego, części olsztyńskiego. Prowadzę wiece w jednostkach wojskowych. Wszędzie tłumy ludzi, entuzjazm, Karnawał.   

Gdy jestem w Warszawie, przychodzą  do mnie scenarzyści, pisarze, naukowcy i dziennikarze z propozycją wypożyczenia  dokumentacji strajkowej albo współpracy przy pisaniu o  stoczni, o strajku. Każdy z przychodzących do mnie powie wkrótce, że był na strajku w Gdańsku, a dokumentacja strajkowa będzie jego biletem do  kariery politycznej, dyplomatycznej, dziennikarskiej.

Znany aktor i reżyser   zaprasza mnie na  obiad. W czasie obiadu proponuje  wspólne pisanie …  sztuki  telewizyjnej  o  strajku w  Stoczni Gdańskiej.   Profesor, autor prac o robotnikach polskich, pożycza ode mnie  kilka teczek  dokumentacji  strajkowej z  kilkudziesięciu zakładów, protokoły  posiedzeń komitetów strajkowych w  gdańskich „Fosforach”,  w  „Siarkopolu”, w Stoczni Gdańskiej, w Gdańskiej Stoczni Remontowej, w Zarządzie Portu Gdynia, w Stoczni Gdyńskiej. Nigdy tej dokumentacji nie odzyskałem.

Starszy kolega z „Kultury”,  pracownik naukowy  Uniwersytetu Warszawskiego,  pożycza ode mnie   zbiór pisanych przeze mnie  ulotek. Jest tych ulotek trzydzieści osiem.  Proszę,  żeby pokwitował.  Dostaję pokwitowanie,  ale ulotek nigdy nie odzyskuję.         

Moim bliskim kolegą staje się  Janusz Głowacki, z którym poza „Kulturą” niewiele mnie łączyło.   Głowacki proponuje mi wspólne napisanie scenariusza  o strajku dla  Andrzeja Wajdy. Głowacki nie wie, że złożony przeze mnie w PWSF,TiT w Łodzi scenariusz  dyplomowy  nosi tytuł: „Na pochylni”. 

Moi bohaterowie, to   niedokończony inżynier, zatrudniony w stoczni na stanowisku majstra, i  żona tegoż majstra, dziennikarka Telewizji Gdańsk. Postacią najbardziej wyrazistą  jest  stoczniowiec – konfident, postać tragiczna i zarazem bardzo prawdziwa. W ekspozycji  mego scenariusza  pojawiają się sceny strajku w grudniowego 1970.

Współpraca z Głowackim polega na tym, że ja przedstawiam sceny, a on je zapisuje. Wkrótce dowiaduję się, że Janusz Głowacki  napisał książkę  o strajku  w Stoczni Gdańskiej pod tytułem „Moc truchleje”. To przeróbka mego scenariusza „Na pochylni”.   

ROBOTNIKOMANIA

Obserwuję zjawisko społeczne, psychologiczne, które można nazwać robotnikomanią. W salonach,  kawiarniach da się widzieć robotnicze rekwizyty, robotnicze przyodziewki. Zaprasza się robotników do inteligenckich domów, na zebrania ZLP, na spotkania z Episkopatem, do domów  znanych pisarzy.

Niektóre panie wychodzą za mąż za robotników, jak się wychodzi  w chłodny dzień na spacer – na krótko, za szybko. Za robotnika wyjdzie moja koleżanka MZ, dziennikarka „Perspektyw”, kuzynka  pisarza,  współautora  radiowych „Matysiaków”.

– Kocham mego robotnika! – powiada. – Te jego ręce, twarz… Kocham konkret. Inteligencja to gówno! Po pysku bić inteligentów! Wstydzę się, że jestem inteligentką. Robotnik, to – parafrazując powiedzenie Gorkiego – robotnik to brzmi dumnie. A poza tym, jak facet bierze mnie w ramiona, to ja te ramiona czuję.

LEGENDY PRZYOBLEKAJĄ SIĘ W HISTORIE

Rozwija się legenda strajku na Wybrzeżu. Wielu działaczy  PZPR  składa legitymacje, wielu  cichcem  wchodzi do  nowych związków, zapewniając, że  właśnie przejrzeli na oczy, że coś w nich pękło. Działacze partyjni, obeznani w grach  o władzę, z łatwością  przejmują  „Solidarność” w  wielu  redakcjach, w wydawnictwach i  na uczelniach.  To oni będą wkrótce eksmitować z historii i pamięci rzeczywistych  działaczy  Solidarności.

 Z biegiem dni, tygodni i miesięcy legendy, zmyślenia i kłamstwa  przyoblekają się w historie, a te historie  znajdują  swoich kronikarzy,  ideologów, a także rzekomych świadków, rzekomych uczestników, bardów, wajdelotów, minnesingerów.  PRL wydaje się samotną, opuszczona wyspą. Nikt nie przyznaje się, że  na tej wyspie  zamieszkiwał, ba! on tę wyspę tworzył i  sprawował na niej władzę.    Ten i ów  głosi,  że już w siedemdziesiątym roku kopał komunę po kostkach, a w osiemdziesiątym tę komunę zakopał.

A są i tacy, co nigdy i nigdzie nie pracowali, żyli przy mamusi, przy kolegach, niekiedy widzieli Stoczni Gdańskiej nawet z okien kolejki dojazdowej. Raz przysnęli w „dziewiątce”,  no i  motorniczy obudził ich na placu przed bramą numer 2. Ktoś po latach  dowodzi,  że w grudniu siedemdziesiątego napisał wiersz o Janku Wiśniewskim, który padł. Ktoś inny twierdzi, że  skomponował  melodię ballady  o    Janku Wiśniewskim.

Zanika wiedza o tym, że w czasie strajku byli tacy, co zajmowali się  sprawami technicznymi, na przykład, ustawiali stoły, dostarczali  styropian,  przynosili  dyktę  i papier do napisów. Byli też tacy, co  pisali na tym papierze odezwy, organizowali strajk na całym Wybrzeżu Gdańskim, rozmawiali z  ludźmi władzy i z komitetami strajkowymi, przemawiali i rozniecali strajki etc.    

 Po latach  strajkowe dokonania zależą już tylko od  tego, kto stał na osi  obiektywu aparatu albo kamery filmowej. Ludzie mali  stają się ludźmi wielkimi. Strajkowe  teksty i zdjęcia odnajdują swoich rzekomych autorów.  Bezimienne   fotografie  ze Stoczni Gdańskiej, z Zarządu Portu Gdynia i ze Stoczni  Gdyńskiej zaopatrywane są  nazwiskami tych, których nie widziałem w stoczniach z aparatem fotograficznym.

Niejeden  człowiek teatru życia już na jesieni osiemdziesiątego roku  zasklepia się w kokonie legendy Stoczni Gdańskiej i gdyby  ktoś zdjął z niego ten kokon,  winien byłby publicznej śmierci człowieka. Niektórzy politycy, artyści żyją w legendzie,  żyją w legendzie  stoczni. Legenda opowiada, że  to oni, ludzie dzisiejszej władzy i dzisiejszej Polski,   obmyślili  sierpniowy zryw,  obmyślili coś więcej niż powstanie warszawskie,  więcej niż  powstanie listopadowe. Oni obalili komunę! 

WILCZKI KOMUNY

W budynku Zarządu Regionu Mazowsze NSZZ Solidarność przy  Szpitalnej w Warszawie  spotykam znajomych ze studiów i spoza studiów, których w latach sześćdziesiątych znałem jako gorliwych czcicieli socjalizmu czy też komunizmu.

 Owi znajomi lewicowcy, synowie i córki wysoko postawionych funkcjonariuszy partii, sądownictwa, administracji rządowej i środowisk artystycznych PRL, mieszkają  w Warszawie przy tzw. dobrych ulicach, takich jak Koszykowa, al. Przyjaciół, Klonowa, al. Róż.  Nigdy nie fraternizowali się ze studencką masą z akademików, z kwater rozrzuconych po całej Warszawie.

Znajomi z dobrych ulic nie fraternizowali się, ale zachowując odpowiedni dystans do studenckich mas, chcieli te masy  nauczać, zakładać im klapki na oczy i prowadzić ku  socjalizmowi. Nauczanie miało zawsze formę pozorowanej dyskusji w klubach studenckich na Kickiego, na Madalińskiego, w klubie „Stodoła”.  

Dawniej mówiono o nich „królewiątka” wyniańczone  na kolanach  działaczy  WKP(b), KPP, KPZU, PPR, PZPR. Znali  świat  nie z książek, ale z  obserwacji Moskwy, Pekinu, Londynu, Genewy, Waszyngtonu. Byli wyedukowani w zagranicznych szkołach, liznęli zagraniczne uczelnie, a w kraju  kilkumiesięcznym uniwersytetem  był dla nich Klub Poszukiwaczy Sprzeczności.   

Niekiedy w akademiku na Kickiego albo na Madalińskiego biorę udział w dyskusjach  politycznych. Młodzi zakonnicy lewicy komunistycznej z dobrych ulic,  zawsze w grupie, opowiadają się za Polską Ludową, za humanizmem socjalistycznym, za komunizmem z ludzką twarzą. Niekiedy pytam:

– A co z pazurami komuny? Co  z  kopytami?  Pysk  ludzki, a  pazury  zwierzęce!? Jak to? Taki ma być wasz  komunizm?

Prowadzący dyskusję jest zawsze przygotowany  na trudne pytania. A więc najpierw uśmiecha się  głupio, tak jak  chłop uśmiecha się, gdy  kosząc  jęczmień, trafia kosą na kamień, a przecież wie, że  kamienie  wyzbierał – on wyzbierał, dzieci wyzbierały, żona wyzbierała, a tu kamień! 

Do akcji rusza grupa z dobrych ulic. Znam ich, wiem, co  mówią. Wiem, jak mówią. O  księżach mówią: „Czarne”. „Te czarne”. Grupa radykalna, mówi: „Te skurwysyńskie czarne kruki!” O wierzących: „Katole”. „Katoliki”.  O  partyzantce  antykomunistycznej: „Faszyści!” „Hitlerowskie ścierwa!”  Wolna Europa – co to takiego? „To szczekaczka”. „Kurwa CIA”. „Pomyje Adenauera!” O zwyczajnych zjadaczach chleba: „Stonka”, „Tuptaki”, co rano tuptają i budzą  ze snu królewiątka.

Mija niewiele lat, gdy jestem w siedzibie Zarządu Regionu Solidarności przy  Szpitalnej  i oczom nie wierzę, uszom też nie wierzę.  Jesteśmy razem – ja i oni; ja i dawni ludzie władzy,  dzieci komuny, królewiątka. Patrzę i co widzę?

Dawni  komuniści i niedawni komuniści  – to  w  osiemdziesiątym działacze Solidarności! Noszą na piersiach krzyżyki. Słuchają  Wolnej Europy. Częstotliwości i czas nadawania dzienników przez RWE mają rozwieszone na ścianach. Obok  emblematów i częstotliwości RWE – wiszą  portrety  Ojca Świętego! 

Już wkrótce, w Wigilię Bożego Narodzenia, przyjdą  po mnie do domu, żebyśmy – ja i oni – poszli na pasterkę do Katedry św. Jana! Bo oni chodzą do kościoła. Są dobrymi katolikami.  Dawniej wszystko nas dzieliło, teraz łączy nas  Solidarność. W nowej Polsce, po roku osiemdziesiątym dziewiątym, będzie nas dzielił  rów  tektoniczny, głębszy od tego koło Japonii.  

BUNKIER

Tymczasem w bunkrze dowództwa   wojsk lotniczych  przy  Żwirki i Wigury  w Warszawie  urządzane jest  studio zapasowe Telewizji Polskiej na wypadek wprowadzenia w kraju stanu wojennego. To z tego bunkra będzie wypowiadał wojnę Polsce gen. Wojciech Jaruzelski.

Szef  bunkra,  Włodzimierz G.,  kompletuje telewizyjną załogę. Wszyscy mają być „wierni sprawie”, godni najwyższego zaufania. Trzecia część bunkrowców, na polecenie swego szefa.,  zapisuje się do  Solidarności. Ba! Niektórzy mają być  w telewizji i radiu aktywistami  Solidarności. Gdy zaś stan wojenny  zmiażdży  pierwszą  Solidarność, miejsce  rzeczywistych postaci strajków zajmą  postacie  z mgły,  morskiej piany i ze zmyślenia.

 Kiedy to piszę, słyszę  zza pleców  pytanie, czy  niegdyś też było tak samo?  Czy prawdziwi szwoleżerowie, kosynierzy, ułani, żołnierze NZW zginęli, a  z bitewnych pól, z leśnych ostępów, z gułagów wróciły  postacie  zmyślone, ale zanurzone w pięknej  legendzie?   

                                                                                          Michał Mońko                                                                                    

Poprzedni artykułPierwsze jaskółki wyborcze
Następny artykułOpresyjny aktywizm
- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisement -spot_img

Latest article