0,1 C
Warszawa
niedziela, 5 grudnia, 2021

MÓJ PRZYJACIEL MARZYCIEL

Must read

Tytuł („Marzyciel”) dał filmowi o Kornelu Morawieckim wybitny reżyser dokumentalista, Marcin Bradke. Ukazał w nim Kornela jako marzyciela. Ale czy istotnie Kornel Morawiecki był tylko marzycielem?

 Niedawno minęła druga rocznica Jego śmierci. Znałem dobrze Morawieckiego. Spotykaliśmy się po stanie wojennym setki razy. Odwiedzał mnie w domu i nocami gadaliśmy do rana. A potem przyjeżdżał do mojej letniej chaty, którą miałem w tamtych czasach na wsi, w Potaszni niedaleko Milicza, i tam organizowaliśmy jedno z pierwszych tajnych archiwów, gromadząc liczne egzemplarze podziemnych czasopism wydawanych przez „Solidarność Walczącą”, a było ich około sto. Od 1982 r. również działałem w Solidarności Walczącej i miałem w mieszkaniu punkt kolportażowy. Kornel odwiedzał mnie w domu, a także czasami ukrywał się w nim. Mogę więc powiedzieć po ludowemu, że znaliśmy się jak łyse konie. A piszę to krótkie wspomnienie nie tylko dlatego, by uczcić Jego pamięć, bo na to zasłużył, ale przede wszystkim dlatego, by wyrazić swoje zdumienie i przerażenie, jak wiele chamstwa, nienawiści i podłości mieści się w głowach naszych rodaków, którzy wykorzystują drugą rocznicę śmierci wielkiego polskiego patrioty i jednego z najodważniejszych działaczy antykomunistycznego podziemia, by się na nim mścić, Bóg wie za co, po śmierci, wypisując brednie pod informacjami z Jego nazwiskiem. Wiem, że trwa ostra walka polityczna, że komunistyczna agentura w rozjaśnionej, różowej postaci wciąż działa, ale by tyle jadu, nikczemności i niegodziwości produkować tylko w celu wyładowania frustracji na zmarłym człowieku, nie widziałem dawno. W jednym z komentarzy wyczytałem nawet taki wpis: „Skoro Morawiecki był takim antykomunistą, to dlaczego nie zginął w takich męczarniach jak ksiądz Popiełuszko”. Przerażające, a zarazem przygnębiające pragnienie podłego człowieka. Podobne zachowania odbiegają od pięknej polskiej tradycji, która nakazuje, by o umarłych nie mówić źle.  W publicznych wypowiedziach można nie zgadzać się z poglądami, przekonaniami, decyzjami czy działaniami jakiegoś polityka, twórcy lub badacza naukowego, ale trzeba zachować kulturę języka i dobre obyczaje. Bo co innego dyskusja i spór z ideami, a co innego opluwanie i napastowanie człowieka, którego się nie kocha. Oczywiście z Kornelem Morawieckim można prowadzić spory, ale nie można mu odmówić jednego: to on, a nie kto inny, stworzył najgroźniejszą antykomunistyczną polityczną organizację podziemną, która przewidziała szybki upadek tego ustroju. I z wielką determinacją walczyła z nim w konspiracji. Solidarność Walcząca nigdy nie ukrywała ideowego, filozoficznego i społecznego antykomunistycznego nastawienia. Kornel nieustannie w publicznych wystąpieniach deklarował: „Chcemy tę władzę pozbawić władzy”. Nie dogadywał się z komunistami jak Wałęsa, Michnik czy Mazowiecki, nie wchodził z nimi w konszachty, tylko przewracał okrągły stół. Powtarzam więc: można się nie zgadzać z jego poglądami, ale nie wolno po jego śmierci tchórzliwie się nad nim znęcać.

By nie wyglądało, że druga rocznica śmierci Morawieckiego to tylko demonstracją chamstwa i podłości, to dopowiem, że w większości relacji czuło się szacunek i uznanie dla politycznych wyborów przewodniczącego SW.

Przy okazji powiem, że pracuję teraz nad książką dokumentalną najważniejszej łączniczce Kornela Morawieckiego, Hannie Łukowskiej- Karniej, bez której ta organizacja nie działałaby tak sprawnie, mimo że do jej zwalczania Kiszczak wysyłał wszystkie swoje siły specjalne. W tej książce będą też liczne wypowiedzi Kornela, które swego czasu nagrałem, ale do tej pory ani razu nie udostępniałem ich publicznie. Oto niektóre fragmenty.

Wypowiedź o 13 grudnia 1981 r.: Akurat w noc stanu wojennego rozwoziłem gazetki. Tej nocy był silny mróz. Kręciłem się po mieście maluchem. I w pewnym momencie wysiadł mi akumulator. Była pierwsza w nocy, a może nawet później. Ten maluch wciąż nie chciał zapalić. Później okazało się, że gdybym był w domu, zostałbym aresztowany. Już mnie szukali. Przypadek sprawił, że im się nie udało mnie znaleźć. I to mnie uratowało”.

Morawiecki się ukrywał do 1987 r. Oto co o tym mówił: „Moje ukrywanie stawało się szczególną wartością. Wpadali kolejni przywódcy RKS-u, Frasyniuk, Pinior, Bednarz. A ja się wciąż skutecznie ukrywałem. Był to wyraz oporu i siły organizacji, symbol zdolności i wytrwałości. Samo ukrywanie stanowiło nawet ważniejszy akt działania niż to, co robiłem w podziemiu. Było dowodem na zbiorowy opór społeczny. W ten sposób pokazywaliśmy, że my sami decydujemy o sobie. Mieszkałem u wielu ludzi. W większości znałem ich osobiście, byli sprawdzeni. Ale spotykałem się też z osobami nieznanymi, a mieszkałem u nich”.

 O drukarniach i konflikcie z Frasyniukiem:„Pojedyncze drukarnie wpadały. Jednak centrum wydawnicze nigdy nie wpadło. Ludzie pracujący w drukarniach wiązali się w przyjacielskie kręgi. I wsłuchiwali się w to, co ja mówię. Ale gdy były informacje od Frasyniuka, też je umieszczali w podziemnej prasie. Jednak ludzie związani z Frasyniukiem nie mogli ingerować w moje działania, bo ja się na to nie godziłem. Decyzja RKS-u, że nie będą wzywać do demonstracji pierwszomajowych i trzeciomajowych spowodowała, że we Wrocławiu nie odbyły się żadne demonstracje, choć w kraju się odbywały […] . My regularnie organizowaliśmy manifestacje z okazji 13 grudnia, utrzymywaliśmy kontakty z RKS-em, a później prowadziliśmy akcję uwolnienia Frasyniuka, nawet przewidywaliśmy odbicie go z rąk bezpieki, wyrwania z więzienia itp. Byliśmy bardzo zaangażowani. Uważałem, że ogólnopolskie kierownictwo „Solidarności” powinno było powstać dużo wcześniej niż powstało. Uważałem, że to zwlekanie stało się swoistym kunktatorstwem. Okazało się błędne wobec siły oporu i potencjału społecznego. Powinna powstać struktura podobna do Rządu Narodowego w powstaniu styczniowym. Byłby to wprawdzie byt symboliczny, ale jego waga społeczna i polityczna byłaby ogromna. Taki rząd miałby swoje atrybuty, pieczątki, nazwę i pełniłby ważną rolę. Jeżeli chodzi natomiast o nasz dolnośląski ruch podziemny, to ja byłem bardziej wydawcą niż redaktorem. Na początku wprawdzie redagowałem „Z dnia na dzień”, ale na dłuższą metę było to niemożliwe, ponieważ ukrywałem się i często zmieniałem mieszkania. Nadawałem linię pismu, pracę techniczną wykonywali zaś już inni. I oni ze mną konsultowali ważniejsze decyzje. Do konfliktu z Frasyniukiem doszło na tle ambicjonalnym. On nie miał specjalnej kontroli nad tym, co ja robiłem w redakcji „Z dnia na dzień”. A chciał mieć taką kontrolę. Oczywiście jakiś wpływ miał, ale nie miał pełnego wpływu. Jednak głównym źródłem konfliktu stał się stosunek do demonstracji. Nasze struktury jawiły się jako bardzo aktywne, dynamiczne, działające. Konspiratorzy byli bardzo zaangażowani i poświęcali swój czas. Uważali, że coś trzeba robić, żeby reżim komunistyczny doprowadzić pod ścianę. Parli do konfrontacji. Nie godzili się na to, by przedłużać walkę na lata”.

O stosunku do „Solidarności”: Mój stosunek do „Solidarności” pracowniczej zmieniał się, ewoluował. W zależności od tego, kto stał na czele tej organizacji. Zależało mi na zachowaniu pewnej ciągłości organizacyjnej. Z jednej strony między SW a „Solidarnością” pracowniczą była konkurencja, a z drugiej strony współpraca. W dużej części łączył nas nasłuch. Nasłuchem przede wszystkim zajmował się Jan Pawłowski. Dzielnie wspomagała go Ludka Ogorzelec. Najpierw organizowaliśmy skanery we własnym zakresie, później docierały do nas z Zachodu. Rozszyfrowywaliśmy rozmowy bezpieki. Wysyłaliśmy komunikaty związane z nasłuchem do naszych struktur w terenie. Do ważnych punktów kolportażu, do szefów ognisk, do poszczególnych drukarni. Ostrzegaliśmy tych, którzy mogli być śledzeni, otrzymywaliśmy informacje zwrotne, porównywaliśmy stan rzeczywisty z naszymi podejrzeniami. Później bezpieka zorientowała się, że ją śledzimy, bo w ich ręce wpadła jakaś karteczka z informacją. Nasłuchy odegrały ogromną rolę zapewnieniu mi bezpieczeństwa. Gdyby nie one, wpadłbym znacznie wcześniej”.

Kornel był marzycielem, marzył o wolnej, niepodległej Polsce i o wolnym świecie. Ale był też twardym realistą, również człowiekiem nauki i swoje wizje opierał na głębokiej analizie faktów. Dużo czytał. Znał język angielski, nie była mu obca też polityczna i ekonomiczna literatura Zachodu w oryginale. Wiedział, że komunizm się chwieje i dogorywa. Trzeba tylko naciskać, by padł. Nie pomylił się więc, że w swojej rewolucyjnej wersji upadnie. Bo upadł. Niestety, przybrał nowe szaty, ale tego Kornel w stanie wojennym już nie przewidział. Jednak swoje zrobił i nigdy się nie poddał.

Nieugięcie walczył. I zasłużył na podziw, szacunek i wdzięczną pamięć pokoleń.

Stanisław Srokowski

(tekst publikowany w „Warszawskiej Gazecie”)

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisement -spot_img

Latest article