0,1 C
Warszawa
niedziela, 5 grudnia, 2021

Trendy i matematyka wyborcza

Must read

Nie tak dawno rozważaliśmy przeszkody i ryzyka, jakie mogą popsuć republikanom wynik wyborczy w 2022 r. podczas parlamentarnych midterm elections. Pochylmy się tym razem nad bolączkami demokratów. Mierzą się oni ze znaczącym podziałem we własnych szeregach, demografią i samospełniającą się przepowiednią, polegającą na przeświadczeniu, że partia sprawująca kontrolę nad Białym Domem, po dwóch latach traci większość w Kongresie. Tę ostatnią prawidłowość potwierdzili dwaj ostatni prezydenci. Barack Obama zwyciężając w 2008 r. zapewnił, można rzec, demokratom większość w Senacie, bo aż 60 na 100  miejsc oraz w Izbie Reprezentantów, gdzie jego partia zajęła 257 foteli. Za tego samego Obamy demokraci doświadczyli największej porażki od czasów Eisenhowera. Po dwóch latach oddali 6 miejsc w Senacie i aż 63 w izbie niższej, tracąc w niej większość. W 2018 r. to republikanie musieli pożegnać się z większością w Izbie Reprezentantów, a w ostatnim, 2020 r. w Senacie.

            W 1995 r. skończyła się pewna epoka. Demokraci, z wyjątkiem sześcioletniego okresu w Senacie, jaki republikanie zawdzięczali zwycięstwu Ronalda Reagana w 1980 r., niepodzielnie przez 40 lat rządzili Kongresem. Przez ostatnie ćwierćwiecze obydwie izby częściej znajdują się w rękach republikanów aniżeli demokratów, aczkolwiek nie jest to przygniatająca przewaga. Naturalnie obydwie partie dziś niemal nie przypominają samych siebie sprzed półwiecza.

            Stratedzy wyborczy Partii Demokratycznej sceptycznie podchodzą do szans na utrzymanie skromnej większości w obydwu izbach w 2023 r. Spadające wyniki sondażowe prezydenta oraz spory, przede wszystkim wewnątrzpartyjny opór stuosobowego kongresowego Klubu Postępowego (Progressive Caucus), względem jego sztandarowego projektu modernizacji infrastruktury transportowej, a także wokół tegorocznej ustawy o wydatkach, czynią poważne wizerunkowe szkody na szyldzie partii. Biały Dom jest zakładnikiem lewicowego skrzydła, które wywiera nacisk na umiarkowanych senatorów demokratycznych oraz utrudnia przyjęcie ponadpartyjnego konsensusu w obydwu sprawach. Konsensus taki jest nieodzowny, a przynajmniej był w przeszłości, dla trwałości implementowanego ustawodawstwa. Potwierdzają tę „prawdę” perypetie słynnej Obamacare, wprawdzie niegdyś przyjętej przez przytłaczającą większość demokratyczną, jednakże dziś nieprzypominającej pierwotnego Affordable Care Act.

            Powyższe przeciągania linii determinują przyszłoroczne wybory, czyli stanowią one element już toczącej się kampanii wyborczej.  Dlatego właśnie umiarkowani senatorowie demokratyczni, Kyrsten Sinema z Arizony i Joe Manchin z Zachodniej Wirginii wstrzymują $3,5-miliardowy „postępowy” pakiet ustaw dotyczący polityki społecznej i zmian klimatycznych, a „postępowcy” blokują transportowy pakiet wart $1 mld, oczekując postępu w pracach nad pakietem 3,5-miliardowym. Dlatego również jedni i drudzy są oskarżani przez pozostałych reprezentantów własnego obozu, że psują platformę wyborczą, na której cała partia płynie do midterms.

            Demokraci zmagają się z marginesem błędu statystycznego. W sensie praktycznym republikanom wystarczy „odwrócić” pięć miejsc w Izbie Reprezentantów. Z kolei w sondażach badających preferencje amerykańskiego wyborcy, jakiej większości życzyłby on sobie po wyborach w 2022 r., demokraci notują spadki. W sondażu Quinnipiac University 47 proc. wolałoby GOP od Partii Demokratycznej, którą wskazało 44 proc. badanych. Jest to potwierdzenie pewnego trendu – demokraci jeszcze w czerwcu w podobnych sondażach prowadzili. Biden zaliczył po drodze poważną porażkę na scenie międzynarodowej w Afganistanie i gorzej niż kiedyś radzi sobie z pandemią, ale przed radykalnymi spadkami wydają się go chronić dobre wyniki gospodarki.

Szanse demokratów osłabia nie tylko polaryzacja wewnątrz Partii Demokratycznej, ale również polaryzacja społeczeństwa amerykańskiego, nie dająca większego pola manewru. Do tego dochodzą niekorzystne trendy demograficzne oraz sprzężona z nimi geografia wyborcza. Upraszczając, demokraci zwyciężając ponownie w 2024 r. w głosach powszechnych mogą nie tylko stracić Senat, ale stracić go wynikiem 57 do 43 na korzyść republikanów, i byłaby to wówczas największa przewaga republikańska od stulecia.

Demokraci odnotowują niezmiennie słabe wyniki wśród białych wyborców bez wykształcenia wyższego, rozproszonych po całym kraju. Wyborcy demokratyczni skoncentrowani są w mniejszej liczbie większych stanów. Ma to swoje odbicie na mapie wyborczej. Biden wprawdzie w ostatnich wyborach wygrywając z wynikiem 52 proc. zwyciężył w 25 stanach, ale jego konkurent w 2016 r. z wynikiem 49 proc. wygrał w 30. Choć, gwoli faktów, to nic nowego, wszak George W. Bush w 2000 r. przegrywając popular votes zwyciężył w 30 stanach. To co się jednak zmieniło, to liczba wyborców środka, czyli skłonnych wybierać prezydenta z jednej partii i np. senatora z drugiej. I ta jest efektem owej polaryzacji.

Spróbujmy ją zwizualizować. W 2024 r. wszyscy trzej demokraci ze stanów, w których Trump wygrał w 2020 r., będą walczyli o reelekcję. Bój również stoczy dziesięciu senatorów ze stanów, w których Biden wygrał nieznacznie. Dla porównania, w wyborach w 2000 r. trzydziestu spośród stu senatorów pochodziło ze stanów, w których przegrał nominat z ich własnego obozu. Obecnie jest ich… sześciu.      

Są to trzej demokraci i trzej republikanie. Owi republikanie to m.in. Ron Johnson z Wisconsin i odchodzący Pat Toomey z Pensylwanii, który przed rokiem głosował za impeachmentem poprzedniego prezydenta. Obydwa mandaty będą w grze w 2022 r. i demokraci, ponieważ w obydwu stanach wygrał Biden, mogą się o nie pokusić. Ostatni republikanin, Susan Collins z Maine zwyciężyła sporą przewagą głosów podczas ostatniej tury wyborów w 2020 r. Nie musi się o nic martwić do 2026 r. W gorszej sytuacji są demokraci. Wszyscy troje, czyli Sherrod Brown z Ohio, Joe Manchin i Jon Tester z Montany reprezentują stany, w których zwyciężał dużą przewagą głosów w 2016 i 2020 r. Donald Trump. Bój o te mandaty zostanie stoczony w 2024 r. Spośród dwunastu senatorów zwyciężających ostatnio w stanach, w których ich własny kandydat wyborów prezydenckich zwyciężał, aż dziesięciu to demokraci. 

Jak widać zaledwie powiew wiatrów politycznych w jedną bądź drugą stronę może zdecydować o sromotnej porażce demokratów, lecz także o utrzymaniu status quo lub skromnej ich wygranej. Tym powiewem mogą być słabe wyniki sondażowe prezydenta albo radykalizacja własnej bazy. Jeszcze za wcześnie, by przewidywać wyniki wyborów w 2022 r., a tym bardziej w 2024 r. Najpewniej jednak rozstrzygną się i jedne, i drugie, znów na ostatniej prostej.

Paweł Zyzak

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisement -spot_img

Latest article