0,1 C
Warszawa
niedziela, 5 grudnia, 2021

WYMAZYWANIE PAMIĘCI O POLSKICH OFIARACH

Must read

Z jakich powodów parędziesiąt lat temu państwo izraelskie wraz ze Światowym Kongresem Żydów rozpętały histerię przeciw obecności katolickiego klasztoru w sąsiedztwie obozu Auschwitz? Jaka była przyczyna zaciekłej walki z obecnością w tym miejscu symboli chrześcijaństwa? Dlaczego z uroczystości poświęconych ofiarom niemieckiego ludobójstwa ruguje się polskich więźniów, przedkładając zaproszenie potomków komendanta Hessa, „zasłużonego” dla tej fabryki śmierci, nad dzieci rotmistrza Pileckiego, który uczynił najwięcej dla zahamowania zagłady?

      Dziś odpowiedź na wszystkie te pytania jest więcej niż oczywista. Polityka historyczna Izraela, Światowego Kongresu Żydów i bezliku innych krańcowo szowinistycznych żydowskich organizacji postawiła sobie za cel forsowanie być może największego oszczerstwa w dziejach. Pomimo niewyobrażalnej skali, jak i podłości tego kłamstwa, eskalowany jest przekaz, że ofiarami byli wyłącznie Żydzi. Cynicznie preparowana narracja nie zalicza Polaków do ofiar, gdyż twórcy tej upiornej hucpy przeznaczyli Polakom rolę oprawców.

      Zagłada Żydów oczywiście była faktem – o jej rozpoczęciu państwo niemieckie postanowiło w styczniu 1942 r. Niemcy dokonywali zbrodni tej z właściwą sobie konsekwencją i skrupulatnością w sposób skrajnie podstępny i cyniczny. Rzeczywista liczba zamordowanych jest trudna do ustalenia, na pewno była jednak przerażająco olbrzymia. Zastosowany mechanizm ludobójstwa, w którym ogromną rolę odgrywała ochotnicza, gorliwa kolaboracja samych Żydów, po wojnie wywołał potrzebę zakłamania faktycznego przebiegu zdarzeń. Do tego jeszcze w roku 1960 kanclerz Adenauer ustalił z premierem Ben Gurionem, że olbrzymim środkom, wypłacanym Izraelowi przez RFN, będzie towarzyszyło unikanie podkreślania niemieckiej odpowiedzialności za zagładę. Potrzebny był więc „sprawca zastępczy”, na którego miało być przeniesione odium odpowiedzialności. Dla RFN nie było to trudne, gdyż fałszowanie historii, odwieczna niemiecka specjalność, wchodziło jedynie w coraz to bardziej wyrafinowane fazy. Hitlerowski generał Reinhard Gehlen, już w 1945 postawiony przez Amerykanów na czele zalążka późniejszych zachodnioniemieckich służb specjalnych, od razu wykorzystał tę sposobność do upowszechniania pojęcia „polskie obozy koncentracyjne”. Po „zgraniu” niemieckiej polityki historycznej z izraelską fabryki kłamstwa ruszyły pełną parą. Niektórzy producenci jednak poszli za daleko. Prof. Bernard Mark skompromitował się np. dziennikami żydowskich dzieci, które miały rzekomo powstawać w warszawskim getcie, a które sam napisał kilka lat po jego likwidacji. Podobnie skończyła się fascynacja dziełem niejakiej Miriam Watrenberg, też mającym być świadectwem tragedii warszawskich Żydów. Jak się jednak okazało autorka nigdy nie widziała getta, a swój bestseller pisała w Brazylii.

      Kolosalna operacja fałszowania historii trwa od kilku dekad, obecnie jedynie wchodzi w kolejną fazę. W 1978 roku, dysponując ogromnym budżetem, Marvin Chomsky nakręcił serial pt. „Holocaust” według scenariusza Geralda Greena. Kosztowna kampania reklamowa i atrakcyjne warunki dystrybucji sprawiły, że do dziś jest to produkcja telewizyjna rekordowa pod względem łącznej liczby widzów. Za sprawą tego serialu w ponad stu krajach świata oglądano polskich żołnierzy zapędzających Żydów do pociągów kierowanych ku komorom gazowym Auschwitz. Tacy sami oprawcy (polskie mundury, znaki, rogatywki) w serialu tym zajmowali się rozstrzeliwaniem kobiet z warszawskiego getta. Widzów przyciągała do telewizorów gwiazdorska obsada (James Woods,  Davied Worner, Meryl Streep), co przyczyniło się także do obsypania tej do cna zakłamanej antypolskiej propagandy Złotymi Globami i mnóstwem innych nagród. Z innego obsypanego nagrodami (pięć nominacji do Oscara, jeden przyznany, trzy Złote Globy itd.), z obsadą jeszcze bardziej gwiazdorską (nie tylko Meryl Streep, ale jeszcze Kevin Kline) świat się dowiedział, że autorem planu eksterminacji Żydów był polski profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z tego filmu, w szerokim świecie znanego pod tytułem „Sophie’s choise” widzowie dowiedzieli się też, że „Polska to przede wszystkim antysemityzm”. Po triumfie książki Martina Greya pt. „Wszyscy, których kochałem” w 1983 Robert Enrico nakręcił na jej podstawie film (znów gwiazdorska obsada, w głównej roli Michael York, dwie nominacje do Oscara itd.). Autorzy tych bredni trochę jednak przeszarżowali. Grey opowieść tę przedstawiał jako rzekomy zapis swojego własnego losu, a kaliber absurdów okazał się jednak zbyt wielki. Ofiarami wojny byli tu oczywiście wyłącznie Żydzi, a Polacy odrażającymi bandytami. Jednak na przykład historia ucieczki z obozu w Treblince, przy której bladły wyczyny Jamesa Bonda, okraszone symfonią innych, obrażających nawet przeciętną inteligencję bredni, skończyła się skandalem. Rzeczywistym autorem „autobiograficznej opowieści” okazał się, piszący na zamówienie i nie mający pojęcia o realiach okupowanej Polski, Max Gallo. Wstrząsająca opinię publiczną hucpa uruchomiła dziennikarskie śledztwo, które ujawniło, że sam ogromnie sławny Martin Grey to człowiek z całkowicie spreparowanym życiorysem. Wprawdzie Żyd, ale nie z getta, lecz z NKWD. Nie walczył o życie swej rodziny, lecz zajmował się eksterminacją oddziałów Armii Krajowej. Wszystkie jego „wspomnienia” okazały się kontynuacją tego, czym zawodowo się zajmował – zabijaniem niepodległej Polski. Polegało to najpierw na likwidowaniu polskich patriotów, a potem produkowaniu zamówionych, wyssanych z palca antypolskich bredni. Przypadek ten wskazuje, że ogrom oszczerstw preparowanych z użyciem olbrzymich środków, traci elementarny kontakt z logiką i faktami i może się zakończyć dość dotkliwą dla jej autorów kompromitacją. Zanim jednak do niej doszło „świadectwa” Greya odniosły kolosalny sukces. Na przykład we Francji znalazły się na 24. miejscu listy stu najpoczytniejszych książek (wyżej niż „Hrabia Monte Christo” Dumasa). Takie osiągnięcia sprawiły, że niektórym antypolskim propagandystom zacietrzewienie zaczęło odbierać rozum. Ogłoszone w połowie lat osiemdziesiątych przez Elie Wiesela „odrzucenie krytycznej analizy świadectw zagłady Żydów na rzecz afirmacji każdego z takich świadectw” nie jest przecież niczym innym jak obrazą rozumu. To, że masowy odbiorca daje się oszukiwać, nie oznacza jednak, że zawsze będzie klękał przed wziętą z sufitu bujdą. A definiowanie każdego wymysłu jako świadectwa, które każdy musi szanować i w które nie wolno mu wątpić, jest niszczycielskie dla wiarygodności rzeczywistych dokumentów straszliwej historii. Jednak nadanie najbardziej niedorzecznym opowiastkom statusu świętości, której nie wolno kwestionować, sprawiło, że fabryki bredni ruszyły pełną parą ze swoimi produkcjami. Ich  bestsellerowym wytworem jest na przykład powieść belgijskiej Żydówki  o pseudonimie Misha Defonseca. „Autobiograficzne” kocopały tej kobiety, zatytułowane „Taniec wśród wilków”, każą wierzyć w to, że jako sześcioletnia dziewczynką uciekała z Polski, ogarniętej powszechną żądzą zabijania Żydów. Ukrywając się w lasach, miała się znaleźć pod opieką wilków. Naga i bosa przemierzyła pieszo trzy tysiące kilometrów, nieustannie ochraniana przez stado wilków. Ta brednia o wędrującej miesiącami sześciolatce sprzedała się w milionach egzemplarzy w wielu krajach, przynosząc fortunę. I oczywiście – doczekała się wersji filmowej. Swoją drogą wiele to mówi o inteligencji czytelników. Z ponurej konkluzji, że nie ma takiego idiotyzmu, którego nie dałoby się wcisnąć szerokim masom, wyciągają wnioski kolejni kreatywni grafomani – biznesmeni. W kolejnych krajach zakazuje się podważania „świadectw żydowskiej tragedii” spowodowanej podłością Polaków. W wyniku tego szaleństwa cierpią jednak nie tylko Polacy. Na skutek produkowania i przedstawiania jako niepodważalnej prawdy coraz bardziej krańcowych kretynizmów – cierpi pamięć o losach żydowskiego narodu, skazanego przez Niemców na zagładę. Tym bardziej będzie postępowało spotwarzanie pamięci o żydowskich ofiarach, że wraz z fabrykowaniem i apoteozowaniem debilizmów w stylu Greya czy Mishy Defonseca oficjalne żydowskie czynniki posuwają się do analogicznych łajdactw. Takich, jak żądanie wyjęcia terenu obozu Auschwitz spod polskiej jurysdykcji czy uparte głoszenie, że w tym obozie, budowanym przecież jako miejsce eksterminacji polskiego narodu, żadnych polskich więźniów w ogóle nie było.

      Dawno temu ks. prof. Waldemar Chrostowski zauważył, że żydowska narracja charakteryzuje się „wielce specyficznym podejściem do elementarnych faktów”. Badania prowadzone przez polskich naukowców, opierające się na profesjonalnie weryfikowanych dowodach, nie mogą mieć zbyt wielu  punktów stycznych z żydowskimi opowieściami. Fabrykowanie obrazu wydarzeń według z góry założonego schematu, wykluczającego Polaków spośród ofiar i wskazującego im miejsce po stronie sprawców zagłady, tym bardziej wyklucza możliwość jakiegokolwiek zbliżenia stanowisk.

Naszym obowiązkiem jest więc badanie, poznawanie, upowszechnianie historycznej prawdy bez oglądania się na to, co na ten sam temat ma do powiedzenia strona żydowska.

Artur Adamski

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisement -spot_img

Latest article