0,1 C
Warszawa
niedziela, 5 grudnia, 2021

Polska – Francja – Wybrzeże Kości Słoniowej

Must read

Byłem przekonany, że jestem żelaznym kandydatem do startu w drużynie na dystansie stu kilometrów. Tuż przed olimpiadą były rozgrywane górskie i szosowe mistrzostwa Polski. I jedne, i drugie wygrałem – mówi Jan Brzeźny w rozmowie z Agnieszką Marczak.

Jak zaczęła się Pana przygoda z kolarstwem?

Moja kariera to właściwie kopia kariery Janka Faltyna. Urodziliśmy się w tej samej miejscowości (w Olesznej), mieszkaliśmy w jednym domu, choć na różnych piętrach, zaczynaliśmy w tym samym klubie, mieliśmy tych samych trenerów. Dzisiaj też mieszkamy w tym samym budynku, w tej samej klatce schodowej. Tak jakbyśmy byli bliźniakami.

W reprezentacji Polski też startowaliście razem?

Jaś trafił rok wcześniej do trenera, Henryka Łasaka, który wtedy prowadził kadrę. Już w pierwszych startach w grupie seniorów pokazał się z bardzo dobrej strony. W międzynarodowym wyścigu  im. pułkownika Skopenki w Kielcach zajął piąte miejsce. W wyścigu startowali mocni kolarze. Wygrali Rosjanie i Czesi z Wyścigu Pokoju z Vlastimilem Morawcem na czele. Łasak wtedy wziął go do pierwszej grupy olimpijskiej przed igrzyskami w Monachium. Wtedy kadra była podzielona na grupę olimpijską i grupę, która startowała w  Wyścigu Pokoju. Po tym pierwszym seniorskim sezonie zostaliśmy powołani do wojska.

Gdzie?

Do Legii Warszawa.

Znowu razem?

Najpierw powołali Jasia. Trener, Andrzej Trochanowski, który wtedy prowadził Legię chciał go mieć w swojej drużynie. A że ja próbowałem Jasiowi dorównać, to nasz wspólny trener z Wrocławia, Stefan Wiązowski poprosił, żeby mnie też wzięli. Warunkiem było zrobienie pierwszej licencji, a do końca sezonu został tylko jeden wyścig międzynarodowy – Puchar Karkonoszy. Żeby zdobyć licencję, trzeba było być w punktacji generalnej w pierwszej piętnastce. Zająłem trzynaste miejsce. Trzynastka okazała się dla mnie szczęśliwa, zrobiłem tę pierwszą licencję i zostaliśmy powołani razem do Legii Warszawa, gdzie startowaliśmy przez dwa lata.  Pierwszy tytuł mistrzowski dla klubu zdobyliśmy w wyścigu drużynowym na sto kilometrów. Startował wtedy Janek Faltyn, Staszek Szozda, Marian Majkowski i ja.

Kiedy trener reprezentacji zauważył Pana?

Był taki wyścig dookoła Polski. Po dwóch moich kraksach byłem mocno porozbijany, ale zająłem wysokie siódme miejsce w klasyfikacji generalnej. Gdyby nie te dwa upadki, to być może wygrałbym wyścig. Wyścig wygrał zawodnik z Hiszpanii przed Tadkiem Mytnikiem i Staszkiem Gazdą. To właśnie wtedy, po jednym z etapów w Krynicy, trener Łasak zaprosił mnie na rozmowę, w której też uczestniczył doktor, Zbigniew Rusin. Zaczął wypytywać, skąd jestem, nie znał mnie jeszcze. Dziwił się, że nie zrobiłem badań wydolnościowych. Wtedy stu najlepszych kolarzy po każdym sezonie robiło badania wydolnościowe na warszawskim AWF-ie. Po tej rozmowie z trenerem Łasakiem zostałem powołany do kadry narodowej, w której byłem dziesięć lat.

Łasak zginął tragicznie w wypadku samochodowym 5 stycznia 1973 r. w Skomielnej Białej na „Zakopiance”.

To się stało w moim pierwszym sezonie. Jechaliśmy wtedy z Wrocławia z Ryśkiem Szurkowskim na zgrupowanie. Byliśmy na miejscu wypadku.

Wielu mówi, że Pana osiągnięcia byłyby dużo większe, ale był Pan cieniem Szurkowskiego i miał za zadanie go wspierać.

Prawda jest taka: Łasak pierwszy wprowadził tę zasadę, że drużyna pracuje na lidera i musi mu pomagać, żeby wygrał. Wcześniej, kiedy jechali na przykład w Wyścigu Pokoju, to każdy jechał dla siebie. Później każda grupa jechała zespołowo. Eddy Merckx wygrywał w tamtych latach wszystko, ale miał bardzo mocne wsparcie swojej grupy. U nas też jechaliśmy „na lidera”, którym był Ryszard Szurkowski. Często byłem człowiekiem zadaniowym, do rozegrania wyścigu, a nie do osiągnięcia wyniku.

Był Pan na olimpiadzie w Montrealu, jednak nie wystartował Pan w drużynie.

Byłem przekonany, że jestem żelaznym kandydatem do startu w drużynie na dystansie stu kilometrów. Tuż przed olimpiadą były rozgrywane górskie i szosowe mistrzostwa Polski. I jedne, i drugie wygrałem. Wieczorem przed startem drużyny wezwał mnie trener, Karol Madaj i mówi: „Słuchaj, Jasiu, mam dylemat. Powinieneś jechać w drużynie, bo nikomu się to tak nie należy, jak tobie, ale mam zasadę, że nie będę zmieniał mistrzowskiego składu. Tylko dlatego nie pojedziesz. Pojedziesz w wyścigu indywidualnym”.

Jaki to był skład mistrzowski?

Oni rok wcześniej zdobyli mistrzostwo świata. Jechali w składzie: Ryszard Szurkowski, Tadeusz Mytnik, Stanisław Szozda. Mieczysław Nowicki. Było to dla mnie trudne, bo byłem w bardzo dobrej formie i myślałem, że będę walczyć na tej olimpiadzie i pojadę w drużynie i indywidualnie. Drużyna zdobyła srebrny medal.

A w wyścigu indywidualnym ze startu wspólnego już Pan pojechał?

Tak. Dzień przed startem była odprawa, na której ustalono taktykę, że liderem będzie Szurkowski, a gdyby coś się stało, to zastąpi go Szozda. Mietek Nowicki i ja pracujemy na lidera, takie dostaliśmy zadanie. Pilnowaliśmy, żeby nikt nie odjechał. Przy kolejnym szarpnięciu jednak dziesięciu się urwało. Razem z nimi pojechał Mietek Nowicki. Szybko wypracowali przewagę 1,5 minuty, którą już doprowadzili do końca. Wygrał Bernt Johansson ze Szwecji. Mietek był czwarty. Jednak po sędziowskiej analizie zdyskwalifikowano drugiego zawodnika, Niemca. Bo na ostatnich finiszowych dwustu metrach nie jechał w linii prostej tylko zygzakiem. I Mietek Nowicki zdobył brązowy medal.

Potem wyjechał Pan ścigać się we Francji.

Pierwszy pojechał Rysiek Szurkowski. Ja miałem już trzydzieści lat, czas było kończyć karierę. Wtedy w tym wieku byłem już sportowym emerytem. Ta granica wieku mocno się przesunęła, dzisiaj to najlepszy czas dla sportowca. Wyjechałem do Auxerre i tam się ścigałem przez pięć sezonów. Najczęściej ścigaliśmy się w wyścigach lokalnych, to była taka zabawa, robiliśmy, cośmy chcieli. Na 71 wyścigów wygraliśmy 51. Potem ściągnąłem Henia Charuckiego, który ścigał się we Francji przez jedenaście lat.

Później wyjechał Pan do Afryki? Jak to się stało?

To był przypadek. Jeden z kolegów z Warszawy, Bogdan Madeja, który ścigał się w paryskim klubie (później był masażystą w tym klubie), pomagał też przy wyścigach mi to załatwił. W czasie gali zamykającej sezon spotkał człowieka z Afryki, który był biznesmenem sponsorem kolarstwa i szukał trenera dla swojego klubu i reprezentacji narodowej Wybrzeża Kości Słoniowej. W tym okresie Leszek Piasecki zdobył mistrzostwo świata, polskie kolarstwo było mocne, dlatego chciał trenera z Polski. Wtedy Bogdan zaproponował mnie.

 Oni potrzebowali wtedy trenera i jednocześnie jeżdżącego zawodnika. Zadzwonili do mnie z Paryża, jeszcze z tej gali, i zapytali, czy się zgadzam. Zgodziłem się.

Łatwo było wyjechać?

W listopadzie zacząłem się starać o paszport, a wyjechałem dopiero w lutym. Trudno było załatwić wizę, bo w Paryżu nie było żadnej ambasady Wybrzeża Kości Słoniowej. Papierem zastępującym wizę był list, który otrzymałem od prezydenta tego afrykańskiego kraju.

Do jakiego miasta Pan poleciał?

Do dawnej stolicy, do Abidżanu. Kiedy samolot wylądował i otworzyły się drzwi,  buchnął ogromny żar. Myślałem, że to od rozgrzanych samolotowych silników. Ale tam była taka temperatura – po południu czterdzieści stopni, a wilgotność 90 procent. Wybrzeże Kości Słoniowej  znajduje się w Afryce Zachodniej, jest położone na północnym wybrzeżu Zatoki Gwinejskiej, nad Oceanem Atlantyckim. Graniczy na północy z Mali i Burkiną Faso, na południowym zachodzie z Liberią, na północnym zachodzie z Gwineą, a na wschodzie z Ghaną. Później przenieśliśmy się 250 km od Abidżanu, gdzie klimat był już łagodniejszy i suchszy. Prezydent rozbudował tam wioskę z dwiema uczelniami i miasteczko, w którym mieszkali też kolarze.

Czy warunki były tam dobre?

Bardzo dobre. Dostałem dwie wille do dyspozycji. Pięć osób służby, ogrodnika…

A jak przyjęli Pana zawodnicy?

Szybko się polubiliśmy. Na początku nie mogłem ich rozróżnić, a miałem ich dwudziestu. Bardziej poznawałem ich po rowerach, na których jeździli. Prowadziłem wtedy najlepszy klub w kraju i reprezentację narodową.

A jakie jest afrykańskie kolarstwo?

Startowaliśmy nie tylko w Afryce, ale też w Europie. Zabrałem ich do Finlandii, Francji, a nawet byłem w Polsce na wyścigu w Bielawie. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej nie ma gór, to jest płaski teren i dlatego oni nie mogli sobie poradzić w Europie, gdzie tych stromych górskich etapów jest dużo.

W końcu wrócił Pan do Polski?

Tak, przez rok nie bardzo wiedziałem, czym się zająć, co z sobą zrobić. W końcu otworzyłem sklep rowerowy w Dzierżoniowie, a później razem z kolegą kupiliśmy plac, na którym zaczęliśmy handlować opałem.

Porozmawiajmy o aktywności fizycznej. Dalej jeździcie na rowerze.

Jeździmy co najmniej raz w tygodniu. Czasami częściej – jak czas pozwoli. W wyścigach w tym roku startowałem tylko dwa razy. Powiem szczerze, że po wypadku Ryśka już się trochę boję. Kondycyjnie daję radę, sto kilometrów zrobię bez problemu, ale refleks już nie ten sam.

A czy robi Pan inne ćwiczenia oprócz jazdy na rowerze?

Codziennie rano troszeczkę się rozciągam. Mam w sypialni przymocowany hak z liną rozciągam wszystkie mięśnie. Skłonny, brzuszki bez mocnego treningu – maksymalnie piętnaście minut. Ostatnio rozmawiałem ze swoim lekarzem i on mówi słyszałem, ze na wyścigu byłeś. To mu odpowiadam, że sam się dziwię, że wsiadam na rower i jestem w czołówce. To wytłumaczył mi, ze istnieje pamięć mięśniowa i one pamiętają wysiłek i jak zostaną pobudzone to mogą znowu pracować. Dzieje się to u osób, które wyczynowo uprawiały sport.

A odżywianie? Dzisiaj w kolarstwie dużą wagę przywiązuje się do odpowiedniej diety.

Powiem szczerze, że odżywiam się zdrowo. Nie mam jakieś specjalnej diety ale ograniczam pewne produkty. Staram się jeść dużo warzyw jak mięso to drobiowe, ryby, ograniczam wieprzowinę. Nauczyłem się też nie objadać. Po karierze miałem tę samą wagę co teraz, 75 kg. Moja żona jest wyczulona na zdrowe odżywianie. Dawniej było inaczej. Człowiek myślał – muszę się najeść, żeby mieć siłę na etap 180 lub 200 kilometrów. Gorąca parówka, bigos, kotlet, jadło się co podawali.

Rower staję się coraz bardziej popularny. Jak taki zwykły amator może zbudować formę jeżdżąc po mieście na rowerze?

Jeżdżąc po mieście nie zbuduje się kondycji, można jedynie pobudzić trochę serce. Trzeba wyjechać za miasto. Warto wziąć rower do samochodu i pojechać np. do Sulistrowic i tam pojeździć.

Ile kilometrów powinno się jeździć?

Trzeba przejechać ze trzy godziny, choćby raz w tygodniu. To taki trening wytrzymałościowy. Trzeba nie tylko przejechać ale się też trochę zmęczyć. Jak jestem tam u siebie w górach to mam też taki podjazd w kierunku Turbacza, z jednej strony 5 km z drugiej łagodniejszy ma około z 8 km. Taki trening mi wystarczy jak przejadę raz w tygodniu. Jak ktoś ma więcej czasu może sobie jeździć codziennie. Rower nie obciąża tak stawów, bioder, kolan, kręgosłupa jak bieganie. A jak ktoś ma jeszcze nadwagę to obciążenie jest bardzo duże.

Dlaczego powinniśmy mieć profesjonalne obuwie i specjalne progi w pedałach?

Bez przypiętych butów jest to tylko naciskanie na pedały a na rowerze powinno się kręcić. Jak jedna noga naciska i idzie w dół druga podciąga i idzie w górę. Jak to się dobrze wyćwiczy to jest to kręcenie a nie deptanie w pedały. Wtedy jest większa moc, dynamika jazdy i płynność.

Czy progi w pedałach są tylko w wyścigowych rowerach?

Dzisiaj to już normalność i w każdym rowerze można zamontować. W wyścigówkach jest inne trudniejsze wypinanie – na bok – a w rowerach górskich jest proste. Podnosimy nogę do góry i but się wypina.

Dziękuję za rozmowę.

Projekt wykonano dzięki partnerstwu z Fundacją LOTTO im. Haliny Konopackiej

Jan Brzeźny – polski kolarz szosowy. Karierę rozpoczął w LZS Huragan Dzierżoniów, w latach 1972-1973 występował w Legii Warszawa (gdzie trenował go Andrzej Trochanowski), w latach 1974-1983 w Dolmelu Wrocław (jego trenerem był Mieczysław Żelaznowski).

      W swojej karierze zdobył 18 medali mistrzostw Polski seniorów, w tym 8 złotych (w latach 1976 i 1981 w wyścigu indywidualnym ze startu wspólnego, w roku 1976 w wyścigu górskim, w latach 1972, 1973, 1975 i 1976 w szosowym wyścigu drużynowym, w 1981 r. w jeździe parami (z Witoldem Mokiejewskim), 4 srebrne (w 1978 r. w szosowym wyścigu indywidualnym, w 1977 r. w wyścigu górskim, w latach 1980 i 1981 w szosowym wyścigu drużynowym) i 6 brązowych (w 1980 r. w szosowym wyścigu indywidualnym, w 1978 r. w wyścigu górskim, w latach 1974, 1977 i 1978 w szosowym wyścigu drużynowym, w 1973 r. w jeździe parami (z Januszem Kowalskim).

       Dwukrotnie wygrał Tour de Pologne. Pierwszy raz zwyciężył w 1978 r.  Drugi raz triumfował w 1981 r., liderując na ostatnich trzech etapach. W 1976 r. wygrał jeden z etapów oraz klasyfikację górską i na najaktywniejszego kolarza, a w klasyfikacji końcowej zajął II miejsce.

     Startował we Francji. Był trenerem kadry narodowej Wybrzeża Kości Słoniowej.

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisement -spot_img

Latest article