Komedianci antypaństwowi

0
74

Stronnictwo łukaszenkowsko-putinowskie liczy już 167 posłów (tylu było przeciw ustawie o ochronie granicy). Tymczasem 70 proc. ankietowanych uważa, że opozycja powinna współpracować z rządem w sprawie kryzysu migracyjnego.

Ludomir Handzel, prezydent Nowego Sącza, w przemowie 11 listopada 2021 roku oskarża polską dyplomację o „podpalanie nowych frontów”. Pomawia polski rząd, że zagraża naszym sąsiadom, niszczy ich interesy ekonomiczne i polityczne. Jak to wszystko wykoncypował? Tego nie ujawnia. Z kolei Arkadiusz Wiśniewski, prezydent Opola, użala się nad losem matek z dziećmi, które próbują przedostać się przez białorusko-polską granicę i przypomina obrazy z Powstania Warszawskiego. Nie zdradza jednak, co – za przeproszeniem – ma piernik do wiatraka. Tak rozwija się samorządowe politykierstwo antyrządowe, choć przecież nie do tego powołał ich elektorat.

– Gdzie są dzieci? – dźwięczy jeszcze echo w plenarnej sali sejmowej. –To nie my jesteśmy zagrożeni, tylko zagrożeni są cudzoziemcy – odkrywa Katarzyna Kretkowska (Lewica). – Mamy kryzys humanitarny, za który jesteście odpowiedzialni – oskarża Monika Rosa (KO). Infantylizm, ignorancja, niefrasobliwość atakują z sejmowej mównicy. Dla nieznających historii – muzułmański najazd na kontynent europejski nie jest tak straszny jak perspektywa brukselskiego kalifatu.

Stenka, Komorowska, Majewska, Hołdys, Soyka, Opania, Kleyff – wyliczają internauci i nawołują do bojkotu ich koncertów, nie szczędząc uszczypliwości. Postkomunistyczne pupilki, peerelowskie pieszczochy. Działają jak dywersanci na garnuszku resortu kultury. Po prostu grają z duetem Putin-Łukaszenka.

Celebryci domagają się od polskich władz dopuszczenia na granicę pomocy medycznej i humanitarnej, choć migranci znajdują się po stronie białoruskiej. Jakoś nikt nie wpadł na pomysł pikietowania białoruskiej ambasady w Warszawie.

Stolica jest obecnie zagrożona plagą dzików, wścieklizną zwierząt wolno żyjących, panuje powszechna grabież opłat parkingowych i śmieciowych, postępuje dekonstrukcja miasta eliminująca kierowców, jednak prezydent miasta zbiera zacne grono dobrodziejów różnych wyznań pod hasłem „Solidarni wobec potrzebujących migrantów”. W humanitarnym zapale nie dostrzega miejscowych bezdomnych (szacuje się, że jest ich przynajmniej 5 tys.), nie myśli o dopłatach energetycznych dla mieszkańców, których dotkną brukselskie rygory klimatyczne.

I tak sobie trwa operacja w szarej strefie – zwana przez strategów wojskowych wojną hybrydową, a przez totalną opozycję kryzysem humanitarnym – czyli kolejną okazją do pochodów antyrządowych.

Wandale medialni

Najpierw trzeba było „przepracować” pojęcia. „Uchodźcy” nie pasowali, bo to łukaszenkowscy wycieczkowicze. „Imigranci” też nie, bo przecież nie zamierzają osiedlić się w naszym kraju. Natomiast „potrzebujący”, „biedni” „ludzie w potrzebie” – to jest to. Potrzebującemu nikt nie odmówi. Nic – tylko promować humanitaryzm hybrydowy i reklamować nielegalne przekraczanie granicy jako prawo człowieka, jako wartości europejskie.

Podawana jako wzór rzetelności dziennikarskiej stacja CNN, kompromituje się właśnie wywiadem z białoruskim dyktatorem i reportażami z granicy. Widzi jaskrawo kryzys „uchodźczy”, nie dostrzegając realiów wojny hybrydowej, handlu ludźmi, traktowania migrantów jako broni demograficznej.

Inna sztuczka medialna to odwracanie pojęć. Wystarczy nazwać agresorów ofiarami, by zyskać zrozumienie i sympatię odbiorców. Polska bije i prześladuje dziennikarzy – alarmują białoruskie i rosyjskie media. Na Białorusi jest wolność prasy – przekonują, gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości.

„Gazeta Wyborcza” reklamuje koncert (organizowany przez stołeczny magistrat) dla migrantów pod bałamutnym hasłem – „Chopin był uchodźcą”. Ma on promować pomysły skuteczne w czasie wojny hybrydowej, a przy okazji żerować na odruchach empatii i miłosierdzia zmanipulowanych obrońców praw człowieka. Opozycja domaga się m.in. korytarzy humanitarnych, które sprzyjałyby białorusko-muzułmańskiej agresji. Wszystko to są preteksty do działań antyrządowych, antypaństwowych, do mobilizacji wroga wewnętrznego, z którym trudniej walczyć niż z zewnętrznym.

Polskojęzyczne media uporczywie perswadują, że w wojnie hybrydowej – a właściwie w kryzysie humanitarnym –  należy tworzyć korytarze humanitarne, organizować akcje filantropijne, a w ogóle skupić się na powszechnym wzmożeniu pomocowym dla agresorów, nazywanych ofiarami. Ten, kto nie ulega tym sugestiom, powinien się wstydzić. Polacy zachowują się wobec migrantów jak Niemcy wobec ludności żydowskiej w III Rzeszy – oskarża Fundacja Batorego. Nieważne, że postulowane szerzenie dobra oznacza działalność antypaństwową.

Skuteczność manipulacyjna mediów polskojęzycznych pozwala agresorowi perorować o prawach humanitarnych, które nie dotyczą ofiar agresji, szczególnie gdy są nimi obrońcy polskich granic. Cokolwiek by mówić, wojna hybrydowa jest rodzajem wojny (wśród migrantów nie brak przebierańców ze służb mundurowych), a nie pretekstem do wzmożenia charytatywnego – jak wynikałoby z relacji medialnych.

Oszołomy celebryckie

Barbara Kurdej-Szatan, aktorka, współczuje migrantom, nazywa polskich pograniczników „mordercami”, czym wywołuje protest opinii publicznej. Krystyna Janda, aktorka, wsławiona pozakolejkowym szczepieniem i wzmocniona budżetowymi dotacjami – staje w jej obronie. Jest przerażona komentarzami internautów – toż to chamstwo, wulgarność, okrucieństwo. Tymczasem jej wstawiennictwo jest niepotrzebne – choć środowiskowa solidarność ujmująca – bo Barbara Kurdej-Szatan zyskuje poklask w białoruskiej telewizji. Może nawet zagra Dziadka Mroza.

Krążą plotki o przerzucaniu przez granicę umarłych. Maciej Stuhr kolportuje fejki w „Gazecie Wyborczej”. Uchodźcy są skazani na śmierć – donosi z granicy. Polska może przyjąć uchodźców – jestem otwarty na inne kultury – deklaruje.

Trwa licytacja współczucia, humanitarnego uniesienia i antypaństwowej solidarności środowiskowej. Jak słyszę te historie, to nie mogę spać – zwierza się Katarzyna Błażejewska-Stuhr. Na granicy dzieją się okropne, przerażające rzeczy – ubolewa Anita Sokołowska, aktorka, udzielająca się jako wolontariuszka. Przywozimy dary dla uchodźców, bo pomaganie jest legalne – uzasadnia swoje działania. Ma pretensje do pograniczników, że nie wpuszczają nielegalnych migrantów. Nie rozumie, że są oni  bronią demograficzną w wojnie hybrydowej. – Interesuje mnie człowiek, który potrzebuje pomocy – oświadcza. Niewątpliwie pomocy potrzebują uwięzieni polscy działacze i opozycja białoruska, ale to nie interesuje aktorki-wolontariuszki.

Granica stała się swoistym wybiegiem dla rozhisteryzowanych miłośników nielegalnej migracji. Swego czasu w humanitarnym amoku targnęli się na ogrodzenia graniczne. Pofatygowały się nawet byłe prezydentowe pozujące na tle bannerów – „Straż graniczna ma krew na rękach”.

Przygraniczni aktywiści nie rezygnują. Postulują „utworzenie  korytarzy humanitarnych”. Jak przemytnicy ludzi, chcą działać w strefie stanu wyjątkowego. Na granicy grasują partyzanci spod znaku „Rodziny bez granic”. – Obrona granic to wpadanie naszego kraju w dyktaturę – przekonują. Ateiści i aborcjoniści bełkoczą o miłosierdziu, o chrześcijańskich obowiązkach. Ostatnio rozwiesili bannery w wielu polskich miastach. Zdjęciu arabskiego dziecka towarzyszy napis – „Nie wywoźcie mnie do lasu”. Akcja mocno spóźniona, adresatem powinny być miasta białoruskie, ale problem finansowania takich stowarzyszeń pozostaje.

Ogólne kabotyństwo celebryckie objęło również debaty sejmowe. Klaudia Jachira (KO), powołując się na polskich poetów romantycznych, tworzących na emigracji, dowodzi, że na granicy marzną poeci z Syrii i Iraku. Skojarzenia w sam raz na miarę pojemności intelektualnej opozycji.

Tę diagnozę potwierdza żałosny koncert  „Chopin też był uchodźcą” – totalni celebryci i totalna klapa. Porażka hucpy i bełkotliwego kłamstwa (udział zaledwie pięciuset internautów). Helsińska Fundacja Praw Człowieka nie pożywiła się na zrzutce. Pozostała artystyczna mielizna i polityczna żenada. Użalający się nad losem „biednych uchodźców” celebryci utonęli w bańce alienacji.

Marsz przez kulturę

Gdy poprawność polityczna zaczyna pełnić funkcję cenzury, a propagandowa narracja historyczna zastępuje politykę historyczną – narody są na najlepszej drodze, by stać się zbiorowiskiem, tracącym swą tożsamość. Widać to na przykładzie krajowych postkomunistycznych elit, które – wynaradawiając się, stają się kosmopolityczne. Lewicowo-liberalnym celebrytom łatwo upowszechniać łukaszenkowską narrację, występować szyderczo przeciw pogranicznikom. Ludzie kultury proponują sztukę krytyczną i zaangażowaną, tworząc antykulturę w służbie antypaństwowej.

Rozwija się subkultura obrzydzania, przedrzeźniania, unieważniania. Opera Wrocławska, pogrążona w aferze finansowej, broni się, parodiując „Toscę”, w której szwarccharaktery to przebierańcy w sutannach. Lewicowe portale chwalą przedstawienie, bo krytykuje państwo kościelne – antyklerykalizm w modzie. Nie inaczej z elgiebetyckim folklorem, który znalazł gościnne miejsce w gdańskim Muzeum Bursztynu. Wystawę „Na początku był czyn” reklamuje hasło – Raz ch…m, raz młotem heterohołotę” . Wcześniej wystawę prezentowano w Białymstoku, też dzięki samorządowej hojności.

Mimo narzekań na trudności finansowe, samorządy zabawiają się w mecenasów kultury antyrządowej. Kraków dotuje (800 ty. zł) „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego – ponury antypolski paszkwil. Reżyser przedstawia swych rodaków jako ksenofobów, antysemitów, hipokrytów. Z zaciekłością kłamliwego propagandzisty tropi toksyczne, mroczne kulisy patriarchalnej rodziny.

Stołeczny magistrat też nie szczędzi grosza – choćby na bluźnierczą „Klątwę”, a teraz na kolejną agitkę antykatolicką „Radio Mariia”.

Jerzy Pawlas

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj