25,8 C
Warszawa
niedziela, 3 lipca, 2022

Grudniowe wspomnienia

Must read

Nie jestem historykiem, lecz tylko – a może aż – świadkiem wydarzeń sprzed czterdziestu lat, więc trudno mi ograniczyć się do beznamiętnego opisu tamtego czasu. Jednak dla polskiej historii jest niesłychanie ważne napisanie obszernej, udokumentowanej, zbiorowej pracy dotyczącej utworzenia „Solidarności”, wprowadzenia stanu wojennego, powstania organizacji podziemnych w tym „Solidarności Walczącej ”aż do okrągłego stołu.

       Do tej pory nie powstała obiektywna naukowa dysertacja odnosząca się do tego okresu. Dlatego też tak istotne są osobiste wspomnienia owych burzliwych lat.

Krótko przed 13 grudnia atmosfera polityczna sięgała zenitu. Z pozoru życie toczyło się normalnie, choć w propagandzie PRL-owskiej było coraz więcej  agresji i oskarżeń pod adresem „Solidarności”. Przywódcy związkowi mieli chyba zbyt dużo pewności siebie i czuli się bezpiecznie (mogli być też odpowiednio sterowani, co potwierdzają późniejsze odkrycia, ukazujące skalę kolaboracji niektórych działaczy).

Z 12 na13 grudnia 1981 roku byłem z rodzinną wizytą w Zgorzelcu. Przy porannej kawie ktoś włączył telewizor i …szok. Trwało przemówienie generała Jaruzelskiego. Wprowadzono stan wojenny. Nie mogliśmy w to uwierzyć, czuliśmy zaskoczenie i na pewno gniew, który był silniejszy niż strach.  Wcześniej, w dyskusjach przeważała opinia, że wojska rosyjskie mogą wejść do Polski. Przypuszczenie, że rząd wypowie własnemu narodowi wojnę, nie było traktowane zbyt poważnie. Dziesięć milionów członków „Solidarności” to liczba, która robi  wrażenie,  bezkrytycznie wierzyliśmy w swoją – jak się okazało – iluzoryczną moc.

Ciocia miała telefon, więc próbowałem zadzwonić do mamy do Wrocławia. Niespodziewanie usłyszałem w słuchawce głos jakiejś obcej kobiety. Z dociekliwością i nutą arogancji pytała, do kogo dzwonię i po co. Rzuciłem słuchawkę. Wieczorem wracaliśmy zatłoczonym pociągiem do Wrocławia. Koło mnie siedział młody żołnierz, jechał do jednostki. Poczęstowałem go papierosem i w pewnym momencie zapytałem: „I  co teraz będzie?” Jego odpowiedź zaskoczyła mnie prostotą, ale też radykalnością: „Jeśli każą nam użyć broni, to się odwrócimy i użyjemy jej przeciwko nim”. Nie spotkałem więcej tego chłopaka, ale wtedy jego odpowiedź mnie podbudowała.

Pierwszymi reakcjami po ogłoszeniu stanu wojennego i pierwszej fali aresztowań były strajki. Komuna się tego spodziewała i przystąpiła do zorganizowanej pacyfikacji zakładów pracy. To poszło dość sprawnie i wtedy prawdopodobnie zadecydowano, że należy dać wyraźny przekaz, iż władza nie cofnie się przed niczym. Ponieważ Związek deklarował walkę środkami pokojowymi, trzeba było znaleźć pretekst do użycia broni i ostatecznego zdławienia oporu. I tak doszło do zaplanowanego morderstwa górników w kopalni „Wujek”. Społeczeństwo mądrze postawiło na bierny, ale skuteczny sprzeciw, wspierając – powiedzmy szczerze – niewielką grupę działających w podziemiu. Ci, co poświęcili osiem lub dziewięć lat swego życia na tę działalność, mogą mówić, że „rzucili swój życia los na stos”. Na stos niepewności, zaprzepaszczonych szans, niespełnionych ambicji zawodowych i naukowych, czasem rodzinnych dramatów. Dokonaliśmy jednak pewnych wyborów. „Solidarność Walcząca” miała jasny cel, ale jakże odległy nam się wtedy wydawał – odsunąć komunę od władzy. A co nam groziło? – Drobnostka – mówił Kornel Morawiecki – co ci mogą zrobić? Najwyżej cię zabiją. W takich sytuacjach czarny humor jest najwłaściwszy i podtrzymuje na duchu. Rzeczywiście czuliśmy wsparcie społeczeństwa i nie chcieliśmy go zawieść, choć wymagało to od nas dużej wyrozumiałości.

 Koleżanka, z którą pracowałem w PKO, regularnie odbierała ode mnie kilka sztuk  „bibuły”. Któregoś dnia przyszła i spytała mnie, co ma zrobić, postawili jej warunek, że jeśli chce otrzymać z dawna obiecane mieszkanie, musi zapisać się do tzw. reżimowych związków zawodowych. Mąż ją namawia, rodzice, u których mieszkali kątem, również. Mają małe dziecko, co ma zrobić? Odpowiedziałem: – Zrób, jak uważasz, ale chyba nie masz wyjścia. Zapytała, co ja bym zrobił. Nie odpowiedziałem, moja odpowiedź zmusiłaby ją do rezygnacji z mieszkania. I wtedy zdałem sobie sprawę, że dokonałem wyboru, któremu w dużej mierze podporządkowałem wszystkie życiowe decyzje.

30 sierpnia 1983 r. rozrzucaliśmy w rynku ulotki sygnowane  przez „Solidarność Walczącą”, nawołujące do manifestacji następnego dnia. Przeszliśmy już domy towarowe PDT i SDH oraz na kilka ulic. Ostatnią partię rzuciliśmy z bramy przechodniom przy Kuźniczej i przez podwórko ruszyliśmy śpiesznie w kierunku Nowego Targu. Instynktownie się odwróciłem i wtedy zobaczyłem dwóch młodych facetów. Powiedziałem Irkowi „szybciej”. Przy Hali Targowej wsiedliśmy do tramwaju. Na następnym przystanku wsiadło ich trzech. Motorniczy na ich polecenie zatrzymał pojazd między przystankami.  Cholera, co za pech. Wyprowadzili nas do podjeżdżającego dużego fiata. Spojrzałem na zaskoczonych ludzi spoglądających na nas przez szyby tramwaju i nagle przyszło mi na myśl, że oni nie wiedzą, dlaczego nas zatrzymali, może myślą, że jesteśmy zwykłymi kryminalistami, złodziejami, było mi normalnie wstyd. I wtedy w jakimś przebłysku, może nie tyle odwagi, co właśnie chęci wyjaśnienia, sprostowania tego przypuszczalnego nieporozumienia, podniosłem prawą rękę do góry i pokazałem „V”. Literę, która wzbudzała złość władzy, o której Urban mówił, że nie ma tej litery w polskim alfabecie. Usłyszałem bluzgi esbeków, założyli nam kajdanki i wepchnęli do samochodu. W poczekalni przy placu Muzealnym w ułamku sekundy znalazłem się na podłodze. Próbowałem złapać oddech, nawet nie poczułem kopniaka wymierzonego mi gdzieś pod żebra. Od esbeka, kierowcy fiata, dostałem cios w splot słoneczny i później kopa. To właśnie za tę „V”. Inni go odciągnęli, a mnie ta jego reakcja i wściekłość uświadomiły, że oni po prostu się boją, że czują się samotni, na marginesie społeczeństwa, które nimi pogardza i tylko czeka na stosowną chwilę, by wyrzucić ich na śmietnik historii. I to zdarzenie mnie umocniło: odmowa zeznań, żadnych dyskusji z przesłuchującymi. I te osiem miesięcy kryminału łącznie z głodówką protestacyjną przeszły szybko, a po wyjściu na wolność znów drukowanie i kolportaż.

Społeczeństwo nas popierało i chciało pozbyć się komunistów na zawsze. Niestety deal okrągłostołowy, uwłaszczenie komunistycznych bonzów, zdrada  części elity solidarnościowej i dramatyczne skutki reform Balcerowicza – zubożenie i zmarginalizowanie dużej masy ludzi – spowodowały trwający do dziś podział społeczeństwa.

Wrócę jeszcze do pamiętnego grudniowego dnia sprzed czterdziestu lat. Po wprowadzeniu wszystkich rygorów stanu wojennego większość  społeczeństwa starała się kontynuować swoje życie tak jak dotychczas. To naturalny odruch, pożądany ze względu na stałość struktury społecznej i jej ciągłość. W konspiracji znalazła się niewielka, zdeterminowana grupa, dla której 13 grudnia stał się cezurą wyznaczającą nowy etap życiu. Gdyby nie ten dzień prawdopodobnie inaczej ułożyłbym swoje życie prywatne, pewnie i w życiu zawodowym miałbym inną hierarchię celów, być może nie wyjechałbym w 1989 roku do swojej drugiej ojczyzny, Grecji. Z drugiej strony – nie spotkałbym tak wielu wspaniałych ludzi: Hani Łukowskiej i Zosi oraz samego Kornela, który osobiście mnie zaprzysiągł w 1985 r. Nie znałbym śp. Baśki Sarapuk, śp. Waldka Bobnisa czy Alberta Łyjaka, Krzyśka Bieżuńskiego, Mariusza Mieszkalskiego, Andrzeja Wawrzenia, Jadzi Tokarskiej i wielu innych. Z niektórymi, na przykład z Albertem czy z Czesiem Lipką utrzymuję kontakt do dzisiaj.

Są w życiu człowieka chwile decydujące o jego dalszej drodze, jego kolejnych wyborach, kształtujących osobowość i poczucie obowiązku. 13 grudnia 1981 roku mimo swej grozy był właśnie takim dniem.

Andrzej Bafalukosz

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article