-0,6 C
Warszawa
piątek, 21 stycznia, 2022

Atak na siedzibę Zarządu NSZZ Solidarność

Must read

Pierwsze dni stanu wojennego

Pierwszy raz zjawili się w Zarządzie nocą, zaraz po godzinie 24. Interesowały ich przede wszystkim papiery i to papiery kompromitujące ich towarzyszy. I doskonale wiedzieli gdzie, w której szufladzie, na której półce z działu  interwencji leży kilkanaście teczek z materiałami opisującymi niezgodne z prawem i amoralne postępowanie funkcjonariuszy SB i MO. To było dla nich najważniejsze, a że przy okazji zniszczyli też trochę wrogich socjalizmowi drzwi, szyb i mebli… Ta pierwsza wizyta nie była oczywiście ostatnia, choć aż dziw, że do tej pory nie zajęli całkowicie siedziby Zarządu.

      Zbieram trochę rzeczy, żeby zwieźć je do samochodu i schodzę na podwórze. Tu panuje gorączkowy i ożywiony ruch. Napływające zewsząd wieści o brutalnym zatrzymaniu setek działaczy Związku i to bez żadnej podstawy prawnej, uzmysławiają wszystkim powagę sytuacji. To już naprawdę nie żarty, przed nami odsłaniała się cała groza stanu wojennego. Nie pozostawało nic innego, jak tylko uratować choć część społecznego mienia – maszyny do pisania, papier, magnetofony, urządzenia radiowe. Niestety, zdajemy sobie sprawę, że nie da się uratować dopiero co zamontowanych rollmayerów ani też nadesłanych w darze urządzeń poligraficznych, które spoczywają w dwu solidnych opakowaniach, o wartości przekraczającej 290 tys. dolarów USA. Nie da się uratować starej, wysłużonej drukarni, która dostarczała mieszkańcom naszego Regionu wiadomości w „Solidarności Dolnośląskiej” i w „Z Dnia na Dzień”. Już za kilka godzin zostanie całkowicie roztrzaskana przez zomowców. Na podwórku spotykam Ryśka z radia. Zapytałem, czy zdążył jakoś zabezpieczyć sprzęt radiowy. Odpowiedział, że to chyba nie jest konieczne, ponieważ już raz byli i radia nie ruszali.

– Daj spokój – mówię. To dopiero się zacznie.

Uwierzył. Z miejsca ruszył biegiem do pomieszczeń radiowych. Andrzej, odpowiedzialny za papier, stara się ocalić niezniszczone ryzy papieru. Później stanie za to przed sądem.

      Jest późne niedzielne popołudnie, na miasto powoli opada grudniowy wczesny zmierzch. Zapalają się pierwsze uliczne latarnie. Miasto funkcjonuje, jak gdyby nic się nie stało, jak gdyby była to zwykła niedziela. Na ulicach nie ma jeszcze opancerzonych skotów i czołgów. Nic właściwie, może poza dziwnym bezruchem, nie wskazuje na szok stanu wojennego. Na Mazowiecką znów dojeżdżamy bez przeszkód. Tu, jak poprzednio, przed bramą stoją ludzie, jest ich nawet więcej niż przedtem. Przy bramie wjazdowej wciąż są młodzi ludzie dbający o porządek, choć, jak widzę, roboty mają niewiele. Zgromadzone na ulicy i przyległym placu tłumy nie pchają się do budynku, w spokoju słuchają płynących z kolumn głośnikowych, wciąż powtarzanych komunikatów, czekają też pewnie na nowe wiadomości albo może jakaś siła każe im być właśnie tu, gdzie mieści się Zarząd „Solidarności, związku, który stał się dla milionów czymś tak bardzo ważnym i bliskim.

       Umawiam się z Danką, która chce wpaść do mieszkającej w pobliżu rodziny, że najdalej za 30 minut będzie czekała na dole, i ruszam do budynku.

Na podwórku ruch nie mniejszy niż przedtem. Natykam się na Romka H. z naszego prezydium. Jest zajęty jakimiś ważnymi sprawami. Wymieniamy kilka zdań i ruszam do swojego pokoju na górze. I znów jestem na długim korytarzu pierwszego piętra. I znów pod nogami chrzęści szkło. Korytarz sprawia jakieś nierealne wrażenie. Pootwierane na oścież drzwi oświetlonych, pustych pokoi, gdzieniegdzie jeszcze ktoś się krząta gorączkowo, ale z mijanych pomieszczeń wieje pustką. U mnie wszystko jest tak, jak przed paroma godzinami, siadam na biurku i bezwiednie zapalam papierosa. Wiem już, że nie uda mi się wywieźć maszyn drukarskich. Powinienem wynosić się stąd jak najszybciej, a jednak siedzę i palę papierosa, usprawiedliwiając się sam przed sobą, że muszę spokojnie poczekać na Dankę piętnaście, dwadzieścia minut. Ostatecznie powinienem też czekać na Andrzeja K. Minąłem się z nim w bramie, chciał ze mną pomówić. Powiedziałem, że będę u siebie.

       Znów patrzę na otwarte na oścież drzwi biblioteki. Wchodzę do środka. Zwalone z półek na podłogę książki, nowe, niedawno przywiezione pozycje, tworzą pokaźny stos. Stały tu codziennie kolejki kupujących, a teraz… Jest w tym coś szczególnie przygnębiającego. Mam od dzieciństwa wpojony szacunek do książek i nigdy nie przypuszczałem, że będę oglądał kiedykolwiek podobny widok. Tyle było już w historii płonących stosów. Schylam się, aby zebrać choć parę egzemplarzy i w końcu nie biorę nic.

Właśnie miałem wychodzić, kiedy niespodziewanie zjawił się Romek H.

– Marek, spójrz przez okno – jego głos był zupełnie opanowany, bez krzty emocji.

– Po co u licha mam patrzeć? – mruknąłem, nie ruszając się z miejsca.

– Mówię ci, patrz – tym razem w głosie Romka zadrgała nuta zniecierpliwienia.

   Ruszyłem ku oknu.

Jaskrawo oświetlony plac, a na nim tyraliera zomowców w pełnym rynsztunku, w hełmach, z tarczami  z pleksi i potężnymi „bojowymi” pałami. W milczeniu popychali w głąb placu równie milczący tłum. Jak w transie rejestruję zablokowane kordonami wyloty Mazowieckiej, jakąś grupę biegnącą ku bramie i sznur samochodów, blokujący ulicę niemal na całej jej długości. To samochody zomowców, gaziki, wozy ruchu drogowego, samochody, z których kierowano akcją i kilka ciemnych suk więziennych rzucających ponury cień. Szybko ruszam do drzwi. Trzeba ostrzec tych nielicznych, którzy jeszcze są w gmachu. Idąc, rzucam Romkowi H.:

– Zabieraj się stąd i to szybko. Wiesz, gdzie masz być rano – tu wymieniam w pośpiechu nazwę jednego z największych wrocławskich zakładów pracy – i już jestem za drzwiami. Nieomal zderzam się z Andrzejem K. Bez żadnych wyjaśnień rzucam mu:

– Szybko znikaj, pacyfikują. Przez podwórko i na Oławkę. Powinieneś jeszcze zdążyć.

Andrzej wykazuje iście sprinterski refleks. Nawet nie słucha mnie do końca. Robi w tył zwrot i rusza pędem w kierunku schodów. W głębi korytarza mija kilka biegnących osób. Na schodach słychać już łomot butów. Zawracam do pokoju. Na środku spokojnie stoi sobie Romek, właśnie odszedł od okna.

– Na co jeszcze czekasz?! – nieomal krzyczę, zdenerwowany jego widokiem.

– A po co mam zwiewać, co mi mogą zrobić? – słyszę spokojną odpowiedź.

 – Romek, czy ty naprawdę nie rozumiesz, co tu się dzieje? – staram się mówić

    spokojnie – to już nie żarty, a ty będziesz potrzebny jutro. No, ruszaj i to  

    migiem.

      Wreszcie coś do niego dociera. Zrywa się i pędem rusza w głąb korytarza. Jeszcze przez chwilę słyszę oddalający się tupot; ciągle też słychać powtarzane komunikaty serwisu radiowego. Zostaję sam w pokoju, a chyba i w całym gmachu. Przez moment czuję jakąś pustkę, czuję ssanie w żołądku. Znam już to uczucie. Przed wieloma laty czułem się podobnie, kiedy pijany oficer służby bezpieczeństwa celował pistoletem w mój w brzuch z odległości metra. Jego palec niespokojnie drgał na cynglu, a ja stałem, zdawałoby się spokojnie, i tylko czułem, że coś ściska i kurczy moje wnętrzności.

      Z dołu dolatuje głośny łomot. To ZOMO rozwala drewniane drzwi przy bramie wjazdowej, która była już zamknięta. I tu atakujący popełnili błąd, który w spowodował fiasko pacyfikacji i ułatwił kilkudziesięciu ludziom ucieczkę. Zamiast zażądać otwarcia bramy (portierka była na miejscu i, nie mając innego wyjścia, posłuchałaby)  rzucili się na te drewniane drzwi i wyważyli je bez trudu. Tuż za nimi znajdował się magazyn z belami papieru. Budynek Zarządu był tak dokładnie spenetrowany przez esbeków, że rozkaz forsowania tych właśnie drzwi wydaje się zupełnie niezrozumiały. W ciągu tych kilku minut, które rosłe byczki z ZOMO straciły na sforsowanie przejścia i odwalenie bel papieru oraz zbyt późne zablokowanie biegnącej nad Oławką alei Słowackiego,  pozwoliło kilkudziesięciu uciekającym wydostać się z terenu objętego akcją. Zdążyli przedostać się przez niezbyt wysokie ogrodzenie podwórka, wmieszać się w tłum na moście Grunwaldzkim i obserwować dalszy ciąg najazdu.

Później dowiedziałem się, że te Bogu ducha winne portierki, do obowiązków których należało jedynie pilnowanie wejścia i wydawanie kluczy, były represjonowane.

Tak więc liczne suki odjadą spod Mazowieckiej prawie puste. Wywiozą jedynie… ale o tym za chwilę.

       Wsłuchiwałem się w odległy łomot rozwalanych drzwi i wiedziałem, że dla mnie nie ma już ratunku. Wiedziałem, że kończy się coś bardzo ważnego i to kończy się brutalną przemocą wymierzoną przeciwko większości społeczeństwa. Zdawałem sobie sprawę, że za kilka minut będę siedział w jednej ze stojących suk i że nie mam żadnych szans na ucieczkę. Nagle na ulicy zapanowała cisza. Wyraźniej zabrzmiał głos lektora naszego radia: „Zachowajcie spokój, nie dajcie się sprowokować”. A po chwili rozległ się tupot dziesiątków butów na schodach wiodących na piętro, zaraz potem huk i łomot rozwalanych pomieszczeń. Tym razem pod łomy czy żelazne pręty, szło wszystko: drzwi, szafy, biurka, krzesła, nie mówiąc już o pozostawionych maszynach do pisania i telefonach. Pozostawanie tu w pokoju stawało się w tej sytuacji zbyt niebezpieczne. Lepiej, żeby zobaczyli mnie na jasno oświetlonym korytarzu, niż żeby natknęli się na mnie przypadkowo. Trudno przewidzieć, jaka byłaby wtedy ich reakcja. Wychodzę na korytarz i staję jak wmurowany. Kilkadziesiąt metrów przede mną w głębi korytarza kłębi się zielona masa w jakimś szaleńczym zapale niszczenia.

      A teraz muszę opowiedzieć o wydarzeniu, chyba jedynym w swoim rodzaju. Nie słyszałem, aby coś podobnego działo się w innych regionach Polski. Gdy dzielne ZOMO uporało się z papierową przeszkodą, do akcji wkroczyła grupa oddziału specjalnego. Byli to młodzi mężczyźni ubrani po cywilnemu, w dżinsach, kurtkach i marynarkach, osłaniających stalowe koszulki kuloodporne. Z gotowymi do strzału, wysoko uniesionymi wielostrzałowymi pistoletami „rakami”, skuleni atakowali otwarte szeroko drzwi oświetlonych i pustych pokoi. Ale nie to było najbardziej dziwne i szokujące. Oni nie mieli oni twarzy! To nie było złudzenie. Całą głowę osłaniały im szerokie, spadające aż na ramiona brązowe kaptury, jedynie z wycięciami na oczy. Było w tym coś przerażającego – średniowieczne kaptury katów i supernowoczesna, krótka broń.

      Przede mną szalała zgraja bezmyślnych wandali. To, co wyczyniali, przechodziło wszelkie granice. A przecież byli powołani do strzeżenia prawa  i ochrony społecznego mienia. Pobierali wysokie pensje z pieniędzy wypracowanych przez robotników. Teraz zamiast zabezpieczać mienie, demolowali je w sposób urągający wszelkim cywilizowanym zwyczajom. Tak nie mogli się zachowywać normalni ludzie. Skamieniałe, bez wyrazu twarze i półprzytomne oczy wskazywały, że przed akcją nakarmiono ich nie tylko słowami. Czyż inaczej do byłoby pomyślenia takie postępowanie obrońców prawa?

Napastnicy są coraz bliżej. Zbliżają się do drzwi pokoju, w którym mieszczą się nowe, przed paru tygodniami zainstalowane teleksy – duma i oczko w głowie Janusza B. Za chwilę słychać już stamtąd krzyk, trzaski i huk rozbijanych urządzeń. Tymczasem zakapturzeni są już kilkanaście metrów przede mną. Wciąż skuleni, z uniesionymi „rakami” wskakują do pustych pokoi. W tym całym koszmarnym śnie nadal spokojnie rozbrzmiewał głos lektora z naszego radia. Będzie podawał komunikaty jeszcze przez chwilę, aż do momentu, gdy zomowska pała rozwali jego aparaturę. Głos urwie się w połowie zdania, a nasze Radio Solidarność na długie miesiące będzie musiało zamilknąć.

       Mijały sekundy i minuty. Wiedziałem, że w końcu mnie zauważą.  Dlaczego jeszcze do tej pory nie przerwali mi spokojnego palenia papierosa? Czyżbym wydawał się im jednym z nich, który wysforował się do przodu? A co by się stało, błysnęła mi myśl, gdybym tak ruszył spokojnie w stronę klatki schodowej i wszedł na górę? Mógłbym po drodze rzucić jeszcze parę dobitnych rozkazów, może wzięliby mnie za jakiegoś swego dowódcę? Wystarczyło znaleźć się na drugim lub trzecim piętrze. Tam znajdowały się pomieszczenia branżowych związków zawodowych, a właściwie nie związków, ale szczątków, które po nich zostały. Jak się okazało, tam ani milicja, ani ZOMO, ani zakapturzeni w ogóle nie zaglądali. Ten pomysł z wejściem na górę miał więc realne szanse powodzenia, tylko że pomyślałem o tym zbyt późno. Trzeba było to zrobić, gdy ZOMO rozwalało drzwi na dole. Teraz to już nieważne. Jeden z atakujących kapturów zatrzymuje się na środku korytarza. Ręka z uniesioną do góry bronią kieruje się w moją stronę.

 – Co pan tu robi? – słyszę jego schrypnięty głos, jest wyraźnie zaskoczony.      

 – Patrzę na to, co robicie – mój głos jest zupełnie spokojny, pewny siebie.

– Brać go! – Rzuca zomowcom rozkaz spod kaptura opanowany już napastnik. Jego ręka z pistoletem wędruje w dół, a przy mnie jest już dwu rosłych, wyższych nieomal o głowę, zielonych. Pchnięcie i mocny chwyt z dwóch stron za ręce i bez słowa ruszamy.

      Niewiele zapamiętałem z korytarza, ale za to schody utrwaliły mi się w pamięci na dobre i bardzo dotkliwie. Były to boczne, wąskie schody wychodzące na podwórze. Na nich w ciasnym dwuszeregu stali rośli zomowcy z bojowymi pałami w rękach, a więc „ścieżka zdrowia”. Wtedy jeszcze określenie to nie było tak powszechnie znane, ale ja wiedziałem i już czułem, co mnie czeka. Pomyślałem, że nie ma co się zastanawiać, obawa, strach, wahanie mogło tylko pogorszyć mą sytuację, dla nich to dodatkowy pretekst i podnieta. Ruszam. Pierwszy stopień. Drugi – i pierwsze uderzenie po barkach, koniec pały zgina się i sprężynująco wali mnie w zęby. Jeden ząb stracę zaraz, dwa przednie pękną. Następny cios pali ogniem w łopatkę. Nie wiem, jak zdobywam się na spokojne, przyciszone słowa bez żadnej emocji:

– Po co to wszystko? I tak wam nie ucieknę – mówię, schodząc jak mogę najszybciej. Czuję jeszcze jedno bolesne uderzenie i dalej już ciosy nie padają.

Schodzę wyprostowany. Zielony szpaler ZOMO gotowy w każdej chwili do bicia. Wystarczy przyspieszyć krok, ugiąć się, okazać strach, a ciosy znów się posypią. Ale na razie jest spokój. Jeszcze nie czuję bólu rozbitych warg. Jeden z trzymających mnie zomowców syczy mi do ucha:

– Tak? Mamy was nie bić? A wy chcieliście nas wieszać.

      Niesłychane! On naprawdę wierzy w jakieś samosądy i egzekucje. Jest przekonany, że „Solidarność” to wszystko zaplanowała. Jakie spustoszenie pozostawiło w nich pranie mózgów, jeżeli przyjęli te brednie za oczywistą prawdę. Rozmawiałem kiedyś z młodym mężczyzną, który w 1976 roku odbywał służbę wojskową, po kilkakrotnym zresztą odroczeniu, a więc będąc już w pełni dorosłym. W czasie zajść w Radomiu i Ursusie byli w pełnym pogotowiu bojowym. Spali nawet w mundurach, z hełmami przy łóżkach i byli przekonani, że jeżeli zostaną użyci do tłumienia rozruchów, stanie się to w słusznej sprawie. Zdołano ich w tym czasie tak ogłupić, że ten skądinąd inteligentny mężczyzna też dał sobie wmówić, że to prawda, że tam rozrabiają nie żadni robotnicy, a męty społeczne i wrogowie naszej Ojczyzny i że on w razie czego będzie spełniać swój zaszczytny obowiązek. To było wtedy, gdy na pranie umysłów nie było dużo czasu, ale teraz aż szesnaście miesięcy. To wystarczy, żeby wyjałowić mózg i wmówić każdą, nawet najbardziej nieprawdopodobną, rzecz. Dokonano tego w wojsku. Nie na darmo przedłużono służbę o parę miesięcy rocznikowi, który znalazł się w wojsku jeszcze przed Sierpniem. Nie udałoby się  tak wyszkolić nowego rocznika, do którego powołano by ludzi, którzy sami uczestniczyli w sierpniowych przemianach i którzy mieli już niezakłamany obraz rzeczywistości.

Wychodzimy na ulicę. Za mną pozostał gmach, w którym huczy jak na klepisku, gdzie cepami oddziela się ziarno od słomy Przed chwilą mijałem pomieszczenia naszej drukarni. Kilkunastu zomowców rozwalało ją na części, a w tym niszczycielskim działaniu było coś z obłędu, coś z koszmarnego snu. Budynek huczał od niezmordowanie zadawanych ciosów. Przed budynkiem zomowcy przekazali mnie mundurowemu milicjantowi. Zachowywał się całkiem przyzwoicie. Bez żadnego szarpania, łapania za ręce, nie dotykając mnie nawet, ruszył ze słowami:

– Ostrożnie, jezdnia jest śliska.

      Idziemy do zaparkowanych samochodów. Przed odchylone okna wychylają się ciekawscy. Nie zwracam na nich uwagi. Patrzę w prawo. Tam w odległości kilkudziesięciu metrów, potrójny kordon ZOMO oddziela ulicę, miejsce akcji, od niespodziewanie dużego tłumu. Ludzie stoją u wylotu ulicy, na moście Grunwaldzkim. Skąd raptem wzięło się tu kilkaset osób, w ten pierwszy wojenny wieczór? Tłum jest wzburzony, nie wie, co się dzieje w gmachu, ale wykrzykuje coraz bardziej dosadne określenia napastników. Nikt nie atakuje zomowców – ludzie w pełni zastosowali się do apeli o rozwagę i spokój – ale nic nie może powstrzymać okrzyków. Wtedy właśnie tu po raz pierwszy padną słowa, którymi już wkrótce będzie rozbrzmiewać cała Polska: „gestapo!”, „bandyci!”.

Teraz, kiedy piszę te słowa, nasuwają mi się dwie refleksje. Parę miesięcy później, w biuletynie Komitetu Wojewódzkiego PZPR we Wrocławiu „Informacje i Opinie” z 24.06.1982 r. ukaże się obszerne sprawozdanie z kontroli w Zarządzie Regionu Dolny Śląsk NSZZ Solidarność. Obok fałszywych i tendencyjnych wywodów o złej, powodującej duże straty, działalności gospodarczej Związku, nie będzie ani słowa – podkreślam ani słowa – o milionowych stratach poniesionych przez związkowców Dolnego Śląska w wyniku napadów służb bezpieczeństwa i ZOMO na siedzibę Związku. Jeszcze lepszy kwiatek zaserwuje „Słowo Polskie”, w której anonimowy autor w obszernym reportażu będzie udowadniał, że to tłum, że zwykli ludzie zdemolowali i zniszczyli pomieszczenia przy Mazowieckiej.

Marek Petrusewicz

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

- Advertisement -spot_img

Latest article