9,9 C
Warszawa
wtorek, 24 maja, 2022

Berlin przecierał oczy, Paryż mdlał ze zdumienia

Must read

Nad tym, że Kornel Makuszyński nie poświęcił ani jednej książki swym dziennikarskim poczynaniom, należy głęboko ubolewać. Gdyby to uczynił, chwalilibyśmy się dziś wybornym prawzorem „Ciotki Julii i skryby” czy „Dziennika rumowego”, w których postać Jana Kasprowicza zastąpiono Pedrem Camacho, a austrowęgierski wesoły Lwów – tonącym w karaibskim słońcu Puerto Rico…

8 stycznia minęła 138. rocznica urodzin Kornela Makuszyńskiego, warto więc wykorzystać tę okoliczność i powiedzieć co nieco o jego osobliwej dziennikarskiej karierze.

Według darcia w nogach

Za naszych czasów nie było takich wybornych speców: dziennikarz był encyklopedią, polihistorem, politykiem, felietonistą i umiał szelma przepowiadać pogodę lepiej od Pima, orientował się bowiem według darcia w nogach. Każdy zresztą miał jakąś zreumatyzowaną babkę, która mu nieomylnie podpowiadała. Radio czasem zełże, babka nie łgała nigdy – wspominał w latach trzydziestych w felietonie Mój dziennikarski jubileusz. Makuszyński kojarzy nam się dziś wyłącznie z tytułami swoich – za jego czasów bestsellerowych, za naszych już klasycznych – powieści dla dzieci i młodzieży. Mało kto dziś wie, że autor Awantur i wybryków małej małpki Fiki-Miki przez ponad trzydzieści lat pisywał teksty do wielu polskich czasopism. Kolejna rocznica urodzin pisarza jest znakomitą okazją, by przyjrzeć się jego dziennikarskim awanturom i wybrykom.

Z cukierni do redakcji

Debiut Makuszyńskiego – jednocześnie literacki i prasowy – przypadł na rok 1900, kiedy to na łamach lwowskiego dziennika „Słowo Polskie” opublikowano jego wiersze. Był wówczas szesnastolatkiem i od dwóch lat wysyłał swe poetyckie wprawki samemu Leopoldowi Staffowi. Spotykał się z nim w lwowskiej cukierni przy ulicy Skarbkowskiej 11, gdzie wysłuchiwał z uwagą sugestii i wskazówek mistrza. W roku 1904 rozpoczął w redakcji rzeczonej gazety pracę w charakterze dziennikarza i recenzenta teatralnego, studiując równocześnie polonistykę i romanistykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Wtedy już się przyjaźnił Janem Kasprowiczem. Jednakże przyjaźń z tymi dwoma wielkimi i poważanymi poetami nie powstrzymywała go przed młodzieńczą fantazją w felietonach.

Za naszych czasów nic się nie działo i trzeba było sprytnie i zgrabnie robić sensacje, aby uczciwemu czytelnikowi włosy dębem stanęły na lichej imitacji głowy – czytamy we wspomnianym już felietonie. – Życie lazło w stronę śmierci ślimaczym chodem, w powietrzu nie warczały aeroplany, nie było wojen i nie było trujących gazów. Kiedy się szczęśliwie zjawił Kuba Rozpruwacz, płakaliśmy z zachwytu. Za naszych czasów, kiedy jeden Turek strzelił spoza drzewa do Bułgara, a potem obaj ze strachu uciekli, to już była wojna. Litery naszej gazety pęczniały z dumy i radości, a krew kapała z jednego Turka przez długie tygodnie. Straszyliśmy zalękły świat i nie pozwalaliśmy usnąć abonentowi gazety.

Małe trzęsienie giełdy

Straszenie świata przybierało różnoraki kształt i objawiało się na przykład w mrożących krew w żyłach doniesieniach giełdowych, które miały tyle wspólnego z rzeczywistością, co młodziutki Makuszyński z wielkimi pieniędzmi. By to sobie wyobrazić, warto przeczytać dłuższy fragment wspomnień pisarza.

W młodych latach, kiedy zajmowałem się dziennikarstwem, pisałem wszystko; pisałem przeto: felietony, wiersze uroczyste, krytyki teatralne, opisywałem pogrzeby i pożary, robiłem kronikę miejską, odbierałem telefony; bardzo się to podobało krwiopijcy redaktorowi, który dodał mi jeszcze jeden dział: giełdę. Był to jeden z najlepszych pomysłów w historii dziennikarstwa. Kazano mi skontrolować codziennie około trzydziestu pozycji giełdowych i zanotować wahania kursów wedle wiedeńskiego pisma. Bardzo proszę… Pięknie to czyniłem przez pierwszy tydzień, poczułem jednak, że mój wolny duch w wyświechtanych porciętach po świecie chodzący i nieposiadający najmniejszej akcji giełdowej, zaczyna się buntować. Postanowiłem tedy urządzić małe trzęsienie giełdy. Nie zwracając uwagi na to, co drobiazgowo notuje niemieckie pismo, nadałem akcjom bieg według własnego uznania. Akcje kolejowe zrujnowałem i obniżyłem o pięćset koron na sztuce, sympatyczne jednak sole potasowe podniosłem ze stu koron do trzech tysięcy pięciuset. Niech się jakiś biedak pożywi! Niektórych nie ruszałem, więc tkwiły bez ruchu jak paralityk, niektórym jednak kazałem skakać pod niebo, aby je nazajutrz strącić w piekielne czeluście. Nowy Jork zadrżał. Giełda londyńska przykładała sobie lód do głowy. Berlin przecierał oczy, a Paryż mdlał ze zdumienia i rozpaczy. Najśmieszniejsze zaś było to, że nikt tego nie zauważył loco Lwów. Tacy tam mieszkali bogaci ludzie i tyle posiadali akcyj! Dopiero jakiś ciekawy czarny giełdziarz – oby mu broda wyliniała! – narobił rejwachu i redaktor cisnął we mnie ogromnym kałamarzem. Tego samego dnia odebrano mi giełdę. Dział ten stał się z powrotem nudny i nieciekawy, akcje ledwie się ruszały, jak ślimaki, podczas gdy moje akcje szalały, tańczyły i skakały jak pchły. Nikt szkody nie poniósł, a polityce ekonomicznej ukazałem nowe, jasne horyzonty, nauczyłem ją fantazji i tańczenia mazura.

Pan Bóg zakrywał twarz ręką, gwiazdy bladły

A skoro już o fantazji mowa, pod żadnym pozorem nie można przemilczeć, że w zachowanych dziennikarskich wspomnieniach Makuszyński wypowiada się o niej w sposób, który dzisiejszych profesjonalistów może wprawić co najmniej w osłupienie. Głównym współpracownikiem w dawnej redakcji była fantazja – stwierdza i zaraz potem dodaje, że wraz z redakcyjnymi kolegami musiał pisać – nie opuszczając ani na moment Lwowa – własne korespondencje … z Chin, Tybetu i Wysp Salomona. W rzeczonych korespondencjach jeden z dziennikarzy „Słowa Polskiego” uśmiercił na przykład, wskutek klęski głodu, dziesięć milionów Chińczyków. Nazwiska autora owego wstrząsającego pseudonewsa Makuszyński nie podaje, nie możemy jednak wykluczyć, że był nim on sam. Pisarz przyznaje się natomiast otwarcie, że w jednym z wielkanocnych wydań gazety wymyślił „potworną bujdę”, jakoby Beduini malowali w czasie świąt Wielkiej Nocy strusie jaja. Zwyczaj ten miał być według przyszłego pisarza dowodem, że wśród nich tli się chrześcijański duch. Redaktor mnie nie zastrzelił, bo uwierzył, a czytelnicy dowiedzieli się o tym z miłym zdumieniem – podsumował pierwszą część opowieści.

Druga część mówiła o tym, jak to oryginalną ciekawostkę przedrukowały ze „Słowa Polskiego” inne czasopisma, a w okolicach Wielkanocy następnego roku, z owych innych czasopism przedrukowało ją… lwowskie „Słowo Polskie”, zupełnie jak gdyby cała redakcja kompletnie zapomniała, że ogłosiła ów beduiński zwyczaj jako pierwsza. Aleśmy łgali, ha! Aż miło wspomnieć… – wzdycha najsłynniejszy Kornel polskiej literatury i przytacza jeszcze jedną dykteryjkę. Otóż jego kolega z redakcji, nie mając żadnej autentycznej sensacji do jednego z porannych numerów, napisał, że w Ameryce wybuchł wielki pożar w kopalni brązu. Jak Pana Boga kocham, tak napisał! – zaklina się pisarz w swym wspomnieniowym felietonie. I o dziwo! Nikt nigdy nie słyszał, że brąz się kopie, a sto tysięcy ludzi przeczytało to i miało do siebie żal głuchy, że byli dotąd takimi kretynami! Trzeba tylko umieć napisać z wiarą, z przekonaniem i zwycięską odwagą. Stary dziennikarz z naszych czasów, nagle w nocy zbudzony, mógł od razu napisać wszystko o wszystkim. Pan Bóg zakrywał ręką twarz, gwiazdy bladły, ziemia jęczała z rozpaczy i ze zdumienia, a ludzie czytali i wierzyli.

Makuszyński podkreśla jednak również z całą mocą, że poza owymi „niewinnymi igraszkami” wszyscy w gazecie hołdowali uczciwości, powadze, sprawiedliwości oraz pięknemu i jasnemu słowu. Zaznacza, że mowa polska uśmiechała się ze szpalt ich dziennika z zadowoleniem pięknej kobiety, która wie, że jest kochana, a autorzy polemik walczyli na szpady, kłaniając się sobie jak muszkieterowie królewscy przed pojedynkiem.

Skrzynia, której burczało w brzuchu

Dziś w dobie Internetu, telefonów komórkowych i możliwości natychmiastowego połączenia się z osobami na odległych kontynentach, opowieść pisarza o tzw. telefonie z Wiednia brzmi niemal egzotycznie. Wiednia, który był wówczas stolicą monarchii austro-węgierskiej, w granicach której znajdowała się Galicja. Był w redakcji jeden specjalista, niezastąpiony fachowiec: ten co odbierał telefon z Wiednia – wspomina Makuszyński i dodaje, że czynność ta wcale nie była taka łatwa. Aparat telefoniczny był bowiem ogromną skrzynią, która huczała, dudniła, gwizdała, wydawała ryki, śmiała się diabelskim śmiechem i której wciąż burczało w brzuchu. Z tego też powodu, jak wspomina Makuszyński, osobą, która obsługiwała telefon, nie mógł być ktokolwiek. Specjalista od telefonu z Wiednia obdarzony musiał być bezwzględnie lwim głosem i powinien był umieć w razie potrzeby tak uderzyć pięścią w opisywany aparat telefoniczny, by ten działał jak należy. A w lwowskiej redakcji „Słowa Polskiego”, za czasów Makuszyńskiego, specjalistą tym był Żyd. Bo katolik byłby na nic do takiego interesu, a to z tego powodu, że u drugiego końca sznurka, we Wiedniu, też wisiał Żyd. Obaj panowie dogadywać się mieli mieszanką galicyjsko-wiedeńskiego języka i szło im to nader sprawnie. Kiedy ten we Lwowie pytał: Koło Polskie, co jest, co? – tamten we Wiedniu odpowiadał: Nu! – i obaj wiedzieli, co wiedzieli. Katolik byłby gadał przez dwie godziny i niczego by się nie dowiedział.

Życie nigdy nie jest dość szalone dla szaleńca

Lwią część wiedzy o dziennikarskich doświadczeniach Makuszyńskiego – zarówno tych wzniosłych i poważnych, jak również o przywołanych tu, przykładowych szalonych wybrykach – czerpiemy dziś głównie z jego zachowanych felietonów prasowych, które do 1939 roku wydawano co pewien czas w formie książkowej. Pisarz opowiada w nich nie tylko o swoich pierwszych dziennikarskich krokach, ale kreśli intrygującą charakterystykę dziennikarza. Na pogrzebach uczciwi ludzie zwykle płaczą, krewni udają przynajmniej, że płaczą; dwóch jest jednak podczas żałosnych i żałobnych ceremonii ludzi prawdziwie zadowolonych i uśmiechniętych: sam nieboszczyk i ten, co będzie dla gazety opisywał pogrzeb. Wesoły szczygieł jest mniej rześki i ruchliwy o poranku niźli znakomity dziennikarz, co się pławi w swoim żywiole. Na znakomitym dziennikarzu nigdy nic nie uczyni żadnego wrażenia, jego nic nigdy nie zdoła zdumieć. Gdyby się ziemia otwarła i ludzie szaleliby z przerażenia, dziennikarz zajrzałby ciekawie w rozwartą jej paszczę, jak dentysta w szeroko rozwartą ludzką gębę. Tajfun, wojna, trzęsienie ziemi, cholera, burze i pioruny są to w dziennikarskim zawodzie miłe i urocze uśmiechy bujnego życia, z którego zbiera on śmietankę i zaprawia nią czarną kawę drukarskiej mazi. Życie nigdy nie jest dość szalone dla szaleńca.

Makuszyński ze smakowitym dowcipem uczy też, jak robi się gazetę, w jaki sposób przeprowadza się wywiady z gwiazdami, takimi jak choćby Mary Pickford i dlaczego zadaje się im absurdalne pytania. Wyjaśnia także tajniki pisania recenzji teatralnych, zaznaczając, że mistrzowska recenzja to taka, z której nie można w żaden sposób wywieść, czy przedstawienie było koszmarne czy wybitne. Podaje też literacką definicję petitu. Petitem nazywa się drobny druczek, taki drukarski mak, który sieje się na gazetowym łanie; petitem składa się wiadomości o zwyczajnych, małych sprawach i o szarych zdarzeniach, których jest takie mnóstwo, że zająć by musiały zbyt wiele miejsca, gdyby je drukować normalnymi czcionkami, przeznaczonymi dla tego, co jest najważniejsze.

I żeby wszystko było jasne, natychmiast przytacza przykład takiej notatki: W kawiarni zastrzeliła się tancerka nieznanego nazwiska. Liczna publiczność zgromadzona w lokalu niczego nie zauważyła, jazz-band zagłuszył i łoskot strzału, i upadek martwego ciała. 

Aleksandra Polewska

Cytaty pochodzą ze zbioru felietonów Kornela Makuszyńskiego pt. „Kartki z kalendarza”, pod redakcją Krystyny Kuliczkowskiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985

Poprzedni artykułGRANICE ANTYPOLSKOŚCI
Następny artykułCzy USA jest ciągle mocarstwem?
- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article