18 C
Warszawa
niedziela, 25 września, 2022

Rakowiecka 37 – codzienność w celi śmierci

Must read

Warszawa-Mokotów, ul. Rakowiecka 37 to adres zapisany się w pamięci Polaków jako miejsce tragiczne. W latach 1902-1904 władze rosyjskie wybudowały tam więzienie, które rozbudowano w 1918 roku,  w II Rzeczypospolitej  mieścił się tam areszt śledczy. W latach II wojny światowej służył Niemcom jako więzienie pomocnicze dla Pawiaka. Mimo że został zaprojektowany na ok. 800-900 więźniów, przetrzymywano w nim nawet 2500 osób. Po nieudanej próbie zdobycia więzienia przez oddziały AK w pierwszym dniu Powstania Warszawskiego, w odwecie Niemcy następnego dnia rozstrzelali na dziedzińcu więzienia ok. 600 więźniów. Część pozostałych więźniów  podjęła próbę ucieczki przy pomocy okolicznych mieszkańców. Na wolność wydostało się wtedy kilkaset osób.

Już w 1945 roku władze komunistyczne przejęły budynki, a więzienie stało się katownią i miejscem straceń wielu więźniów politycznych. W latach 1945-1954 naczelnikiem był  Alojzy Grabicki, który zarządzał  egzekucje i sam przy nich asystował. Wyroki wykonywali kaci: Piotr Śmietański i Aleksander Drej, najczęściej w stanie upojenia alkoholowego. Żaden z nich nie poniósł najmniejszej odpowiedzialności za swoje zbrodnie. Straconych chowano w bezimiennych dołach śmierci; do maja 1948 na Służewcu, potem na tzw. Łączce na Powązkach. Miejsce pochówku równano z ziemią, nie sporządzano żadnej dokumentacji ani oznaczeń czy numerowania. W setkach egzekucji ginęli najwybitniejsi przedstawiciele narodu. Z rąk Śmietańskiego stracili życie m.in. Hieronim Dekutowski (ps. Zapora) i Witold Pilecki (ps. Witold). Drej wykonał wyroki na Antonim Olechnowiczu (ps. Pohorecki), Zygmuncie Szendzielarzu (ps. Łupaszka), Łukaszu Cieplińskim (ps. Pług) i Adamie Lazarowiczu (ps. Klamra).

W oczekiwaniu na wykonanie wyroku skazani przebywali w tzw. celach kaes (tzn. kary śmierci). Mieściły się one w gmachu głównym więzienia, równoległym do osi ul. Rakowieckiej. Okna były od strony dziedzińca. Początkowo cele śmierci znajdowały się na najwyższym piętrze, ale po nieudanej próbie ucieczki  grupy więźniów, w tym Hieronima Dekutowskiego, zostały przeniesione na pierwsze piętro.  Cele były przeznaczone dla ok. 30 osób, jednak przetrzymywano w nich stale ok. 80 skazanych, były więc bardzo zatłoczone.

 Jak wyglądał dzień  w celi, relacjonował po latach osadzony tam kpr. pchor. Mieczysław Chojnacki ps. Młodzik, żołnierz AK, którego ułaskawiono, a po dziesięciu latach odzyskał wolność. Wspomnienia Młodzika opublikowano w 1. numerze Zeszytów Historycznych WiN w 1992 roku oraz w pamiętnikarskiej książce „Opowiadanie Młodzika”. Chojnacki trafił do celi śmierci przy Rakowieckiej w grudniu 1950 roku. Jego relacja o warunkach tam panujących jest bezcenna.

Do celi śmierci docierało się po minięciu pięciorga czy sześciorga drzwi z krat okrytych blachą.  Celi miała wymiary dziesięć na sześć metrów i była wysoka na ok. trzy metry, od strony dziedzińca były dwa duże zakratowane okna. W lewym rogu od strony okna znajdowały się, niczym nie osłonięte, ubikacja i kran.  Na betonowej podłodze leżały sienniki, które na dzień składano przy ścianie w stos wysokości ok. dwóch metrów. Za nimi przy ścianie stały dwie ławy, a po prawej stronie od wejścia były cztery stoły z niemalowanego drewna  z ławami. Trzypiętrowe prycze pojawiły się w celach dopiero na początku 1951 roku. Około połowa z przebywających więźniów miała wyroki śmierci, w większości byli to żołnierze podziemia niepodległościowego, ale było też kilku Niemców, Ukraińców i Belg, a także nieliczni więźniowie kryminalni.

Dzień rozpoczynał się pobudką o godzinie szóstej. Więźniowie składali wtedy sienniki. Ponieważ podłoga była betonowa, więźniowie poruszali się w drewniakach, a sienniki były bardzo liche, powstawał wtedy niesamowity kurz, więźniowie zakładali sobie wtedy na twarz chusteczki do nosa, aby móc oddychać. Później nalewano wodę do umycia się do mis, które stawiano na stołach. Ok. godziny 7-8 w metalowych wiadrach przynoszono śniadanie – więźniowie porządkowi podawali porcje chleba i nalewali do misek gorzką kawę zbożową. Ci, co mieli pieniądze, mogli dwa razy w miesiącu dokupić w ograniczonych ilościach smalec, margarynę, papierosy, cukier. W razie potrzeby dzielono się z tymi, których nie było stać na takie zakupy. Niektórzy otrzymywali paczki od rodzin. Nie pozostawiano nikogo z samym chlebem. Po śniadaniu więźniowie porządkowi, którymi byli Niemcy, sprzątali i zmywali posadzkę, za co płacono im żywnością otrzymywaną w paczkach od rodzin lub kupowaną w kantynie. Po porządkach duża część więźniów ustawiała się pojedynczo lub dwójkami w kręgu, tzw. kieracie i zaczynała spacer dookoła celi, który trwał aż do obiadu. Ponieważ większość osadzonych była obuta w drewniaki, wytwarzał się przy tym olbrzymi hałas. Zabronione było wyglądanie przez okno oraz  krzyki, śpiewy i głośne rozmowy.  Część więźniów wykonywała w tym czasie drobne prace gospodarcze, pranie chustek do nosa czy skarpet, cerowanie, część grała w szachy lub warcaby własnej roboty.  Obiad składał się z jednego dania, najczęściej z kaszy lub zupy warzywnej. Po obiedzie resztę dnia  spędzano podobnie jak przedpołudnie. Między godziną osiemnastą a dziewiętnastą odbywał się apel wieczorny przeprowadzany przez kilku strażników. Przeliczano wtedy więźniów po odebraniu meldunku od „starszego celi”. W dniach, kiedy  wykonywano wyroki śmierci, a najczęściej były to czwartki pod wieczór, apele w celach były sztucznie przedłużane, aby więźniowie nie obserwowali  współtowarzyszy wyprowadzanych  przez dziedziniec na miejsce stracenia. W tej regule były jednak wyjątki – 1 marca 1951 roku, kiedy między godziną 20 a 20.45 rozstrzelano siedmiu członków IV Zarządu Zrzeszenia WiN, apel więźniów skończył się wcześniej, więc  przez okno obserwowano prowadzonych na śmierć.

Po apelu wieczornym na podłogach rozkładano sienniki, między którymi pozostawiano wąskie przejście do ubikacji. Ponieważ liczba więźniów znacznie przekraczała normy, na jednym sienniku spało najczęściej dwóch więźniów. Przykrywano się kocami, choć  cela była ogrzewana. Przez całą noc paliło się światło, wyłączano je dopiero nad ranem. W ciągu dnia niektórzy byli wyprowadzani na rozmowy z oficerem politycznym lub na odczytywanie lub zatwierdzanie wyroków. Skazani na karę śmierci nie mieli prawa widzeń z rodzinami. Od czasu do czasu pozwalano im napisać kartkę do rodziny. Pisanie (tylko przez pięć minut) odbywało się w  specjalnym pomieszczeniu na końcu korytarza więziennego, do którego wpuszczano po dwóch lub trzech więźniów. Mimo cenzurowania korespondencji i tak nie wszystkie listy docierały do rodzin.

Więźniowie byli pogodzeni z losem i czekając na egzekucję, zachowywali się spokojnie, z godnością. W dniach egzekucji z cel wywoływano więcej osób, niż miało być rozstrzelanych, aby nikt nie wiedział ostatecznie, czy więzień, który nie wracał, został rozstrzelany czy przeniesiony do innych cel lub zakładów karnych. Wybierani na stracenie trafiali do izolatek w przyziemiu budynku, skąd wieczorami prowadzono ich na śmierć. Skazani żegnali się z życiem z podniesioną głową. 8 lutego 1951 roku Zygmunt Szendzielarz (ps. Łupaszka), wychodząc z celi, pożegnał współtowarzyszy z celi słowami „z Bogiem, panowie” – w odpowiedzi usłyszał „z Bogiem, panie majorze”. Oczekujący na śmierć Łukasz Ciepliński (ps. Pług) zdołał przesłać do rodziny kilka grypsów, w których pisał: „Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik – za wiarę świętą, jako Polak – za Polskę niepodległą i szczęśliwą. Jako człowiek – za prawdę i sprawiedliwość”.  Z kolei Adam Lazarowicz (ps. Klamra”), który w celi śmierci spędził 137 dni,  zanim go rozstrzelano 1 marca 1951 roku, w rozmowach z Mieczysławem Chojnackim wielokrotnie mówił, że gdyby przyszło mu żyć powtórnie, poszedłby tą samą drogą.

W późniejszych latach rządów komunistycznych w więzieniu przy Rakowieckiej również przebywali więźniowie polityczni,  najwięcej w czasie stanu wojennego. Areszt śledczy Warszawa-Mokotów funkcjonował aż do lat nam współczesnych. Dopiero w  2016 roku Ministerstwo Sprawiedliwości podjęło decyzję, że w budynkach po więzieniu przy ul. Rakowieckiej 37 powstanie Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL. Od 2018 roku w muzeum można zwiedzać część wystawy tymczasowej. Wciąż zbierane są pamiątki po straconych i więzionych.

Przemysław Lazarowicz

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article