9,9 C
Warszawa
wtorek, 24 maja, 2022

LAMPKA OLIWNA WALLENRODA   

Must read

Namnożyło się  u nas  Wallenrodów!  Działali  w partii  komunistycznej, żeby ją rozwalić od środka.  Sądzili i skazywali,  ale  nieraz podobno uronili łzę. Pysznili się generalskimi szlifami i kazali rozstrzeliwać tylko niektórych. Zostawali prokuratorami  PRL, żeby oszpecić  prokuraturę. Podpisywali  rezolucje  w sprawie zaostrzenia walki z  reakcyjnym Kościołem,  a później  szli  do „Wierzynka” przy Rynku Głównym, żeby  osłabić ostrze   rezolucji.  Tak mówią  ci, co jeszcze żyją, tak mówili ci, co już  spoczęli na cmentarzach  w alejach  zasłużonych. 

Prokurator wojskowy, który  zażądał  kary śmierci  dla  Inki,  został pochowany  z honorami  kompanii  WP.  Karę śmierci  na Ince wykonał  pluton  egzekucyjny, a  w końcu zastrzelił ją  dowódca plutonu.  Czy ten dowódca plutonu egzekucyjnego też został pochowany  w alei  zasłużonych z udziałem kompanii WP? Być może. Tymczasem córka  funkcjonariusza UB, dziennikarka  „Argumentów”, domowniczka gen. Jaruzelskiego, miała pogrzeb z udziałem biskupów, premiera, prezydenta i byłych  działaczy PZPR.   

Wallenrodów mamy  doprawdy  wielu i trzeba poszerzyć  na cmentarzach aleje zasłużonych.  Nazwiska sławne i nieznane, ale jakże zasłużone dla Polski i unicestwienia  Polaków.  Na  cmentarzu  powązkowskim  jest grób i postać w kamieniu  Waldorffa. To znany  dziennikarz  radiowy i telewizyjny,  felietonista „Przekroju”,  sybaryta,  liberał,   zapamiętany  opiekun  Powązek.  Tak o nim powiedzą ci, którym się zdaje, że  znają Jerzego Waldorffa.

W swoich wspomnieniach „Moje lampki oliwne”  przedstawiał  się jako  Wallenrod,  skryty przeciwnik komuny, zmuszony do  życia na pół oddechu. Owszem, w Hotelu Francuskim w Krakowie spotykał się z wysoko postawionymi funkcjonariuszami UB. Cóż, takie  były czasy, że  trzeba było się spotykać z UB, jeśli się chciało  „coś zrobić dla Polski, dla  Kościoła”.  Waldorff  zrobił wiele, ale dla siebie. Chciał żyć  pięknie,  tajnie i ponad ówczesny stan  życia. Przypisując kłamstwa księżom, że brali „funty i dolary”, sam wiódł dostatnie życie za judaszowe ruble.

Imponowały mu  dyskretne spotkanie przy kawie i koniaku w Hotelu Francuskim  z komunistycznym dyktatorem mediów,  Jerzym Borejszą, bratem osławionego płk Józefa Różańskiego.  Po latach  nieudolnie zacierał za sobą haniebne  ślady kolaboracji  z UB, opisując rzekomo niechciane spotkania z Borejszą, który  wzywał kolejno na rozmowy co bardziej wziętych dziennikarzy  do jednego z ciemniejszych pokojów Hotelu. 

Wzywani przez Borejszę dziennikarze  mieli  należeć do tych, którzy  nie opowiedzieli się dość wyraźnie za wspaniałościami ustroju komunistycznego – pisał Waldorff.  – Więc i ja (Waldorff – przyp. MM) miałem taką tajną rozprawę, w wyniku której, walcząc o każde słowo, musiałem napisać felieton bodajże przeciwko księżom, co wzbraniali się włączyć do grupy księży patriotów.

Ówczesna władza  wczesnego PRL ceniła  usługi  Waldorffa, Gałczyńskiego, Ważyka, Polewki, Szymborskiej, Kijowskiego, Przybosia i wielu, wielu  innych.  Pisarze i dziennikarze mieli  profity, a władza miała korzyść. Zdecydowana większość  pisarzy, którzy 3 lutego 1953  podpisali  Rezolucję ZLP w Krakowie w sprawie procesu „szpiegów amerykańskich, powiązanych z Krakowską Kurią Metropolitalną, leży dziś w alejach zasłużonych.  W ich notkach biograficznych  są najwyższe nagrody, ordery, tytuły, a nawet jest Nagroda Nobla.

 Władza, ceniąc Waldorffa,  jego  dyspozycyjność bez reszty,  pozwalała mu na popisywanie się rzekomą erudycją, brylowanie po warszawskich salonach i zabawianie kogo się da.  Felietony  Waldorffa  w „Przekroju”   nie dotyczyły   błahych spraw, lecz ludzkiego życia w więziennych warunkach. Kary te były   wykonywane!  Niekiedy  orzekane były  długoletnie  więzienia, z których księża wychodzili schorowani i ograbieni z  lat życia.

Plując na skazanych,  opowiadał się za karą  śmierci. Procesy (księży – przyp. MM) typu warszawskiego czy łódzkiego nie są przejawem walki z katolicyzmem – pisał  Waldorff w „Przekroju”. – Nikt nie przeszkadza nikomu w Polsce być katolikiem. Oświadczenia rządu w tym względzie są zresztą zupełnie jasne…

Procesy owe nie są również przejawem walki z Kościołem, gdyż nie można reakcyjnej części duchowieństwa katolickiego, a nawet złego papieża-polityka, który popiera pretensje rewizjonistów niemieckich do naszego Zachodu, utożsamiać z wartością i nauką Kościoła katolickiego. W stosunku do tego Kościoła, który jest reprezentowany przez lojalne wobec państwa duchowieństwo, rząd nie objawia zastrzeżeń.

Jest wszakże ktoś, kogo działalność band dywersyjnych jak najżywiej interesuje. Ale ten ktoś nie przebywa na terenie naszego kraju i zainteresowania ma dość specyficzne. Polityka państw imperialistycznych nie od dziś polega na tym, żeby siać wokół zamęt. Na tej taktyce wyrosła i przez wieki trzymała się potęga Anglii i rozszerzało się Imperium Brytyjskie.

Anglia bez narażania jednego Anglika, posyłała pieniądze na dywersję do jakiegoś kraju, to nie z troski o ten kraj, lecz żeby wywoływać niepokoje, idące jej na rękę…

Dobrze jest finansować bandy, które – w razie gdyby nawet choćby tylko polski eksport na jakimś odcinku miał zagrażać interesom ich imperialistycznych mocodawców – będą gotowe zdezorganizować nasze warsztaty produkcji czy arterie komunikacyjne.   Za funty i dolary zostały dostarczone karabiny i ryngrafy, które święcił ks. Fertak. Nie chcę wątpić, że księża typu Fertaka są mało liczni. Do tego, że istnieją w ogóle, przyczyniło się w dużej mierze wykształcenie naszego niższego kleru, które jest – w porównaniu z wiedzą kleru katolickiego we Francji – na ogół niezbyt wysokie…

Lecz księża Fertacy mają nad sobą przełożonych, którzy winni ich pouczać, a milczą. Gdyby ukazały się były w swoim czasie listy pasterskie, potępiające szczerze i ostro działalność reakcyjnego odłamu kleru, to zapewne procesy w Warszawie i Łodzi, gdyby zaszły, odbyłyby się bez udziału księży. Do ks. Fertaka nikt nie może mieć pretensji o to, że spowiadał NSZ-owców z ich zbrodni: tajemnica spowiedzi i granice konfesjonału są nietykalne. Ale tylko te granice.

Żaden rząd żadnego państwa nie zgodziłby się na to, by ksiądz poza owymi granicami przechodził z działalności pasywnej przyjmowania grzechów, w aktywną i namawiał wiernych do pospolitych przestępstw, bowiem z punktu widzenia prostej moralności – tak należy zakwalifikować czyny skazanych w Łodzi i w Warszawie.

Reakcyjna góra kleru może uważać, że nasz ustrój obecny jej nie odpowiada. To jej rzecz. Ale nie może pomijać milczeniem przestępczej działalności księży osądzonych w Łodzi i w Warszawie, jeśli pragnie – tak jak całe społeczeństwo – żeby te procesy były ostatnimi (Jerzy Waldorff, Granice konfesjonału, „Przekrój”, 20 marca 1949, s. 3).

Śmierć Józefa Stalina, następnie Bolesława Bieruta,  a także  kilku komunistycznych przywódców  bloku komunistycznego,  powstrzymała olbrzymią falę represji. Więzienia znacznie opustoszały, Kościół  odetchnął.            Ksiądz Kazimierz Fertak został warunkowo wypuszczony z więzienia w 1955 roku w związku z ciężką chorobą (gruźlica), a ostatecznie zwolniono go dopiero w 1956  po ośmiu bardzo ciężkich latach pobytu w Rawiczu.

W latach 1956-1960  ksiądz  Fertak był wikarym na warszawskim Bródnie, a  w 1968 roku został dyrektorem Domu Księży Emerytów w Warszawie. W tym czasie,  będąc studentem na Uniwersytecie Warszawskim, odwiedziłem ks.  Fertaka.  Kiedy zapytałem go o żołnierzy „Orła”, których w 1948 roku spowiadał, powiedział krótko: „Modlę się za nich”. Za zasługi dla Kościoła, ks. Fertak  był wyróżniony przywilejem rokiety i mantoletu oraz godnością kanonika honorowego Kapituły Łowickiej. Zmarł 30 września 1973 roku.

Waldorff  przeżył  ks. Furtaka  o całe  27 lat.  W ostatnich latach PRL i w pierwszych latach  nowej Polski  grał rolę patrioty,  człowieka szlachetnego  i opiekuna  cmentarza  powązkowskiego. Przeszłość traktował wybiórczo. Swoje związki z  Ruchem Narodowym  lekceważył.  To, że  chwalił Mussoliniego, było żartem. A że  pisał do skrajnie prawicowych pism „Prosto z Mostu” i „Jutro”?  No to co?  Andrzejewski też tam pisał.  

Po wojnie  związał się  raptem  z tygodnikami: ze „Światem”, z „Polityką” i z „Przekrojem”. Gdy komuna parcelowała i rozkułaczała majątki, rodzina Waldorffa mogła kupić dworek Rękawczyn. Gdy ludowcy Mikołajczyka i narodowcy  Wasiutyńskiego szli pod ścianę, do piachu albo do obozu,  Waldorff, zwolennik Mussoliniego,  robił karierę  w mediach i  w życiu.

W nowej Polsce  też potrafił się urządzić. Zamiast szczerości i  pokuty,  grał rolę  salonowego klauna, bagatelizował  zło, jakie wyrządzał  ludziom i Kościołowi. Nie opowiedział całej prawdy o swojej kolaboracji  z reżimem. W roku 1976, wzorem  komunistycznych  dawniej pisarzy, podpisał protest przeciw zmianie konstytucji. Ale nie zdobył się na jakąkolwiek ekspiację.  

Zapalił lampkę oliwną – sobie czy swoim ofiarom?

                                                                                                       Michał Mońko

Poprzedni artykułBogactwo
Następny artykuł     Praworządność
- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article