8,3 C
Warszawa
poniedziałek, 26 września, 2022

DĄŻENIE DO PRAWDY NIGDY NIE JEST BEZNADZIEJNE

Must read

W poprzednim numerze „GO” Andrzej Myc wyraził sceptycyzm w sprawie możliwości dochodzenia niektórych ustaleń dotyczących przeszłości. Przytoczył nawet stricte propagandową wersję jednego z historycznych wydarzeń. Wiele jednak wskazuje na to, że odporność na największe nawet ciśnienie wrogich narracji może być uwieńczone triumfem prawdy, a jej ustaleniu sprzyjają coraz to nowe osiągnięcia nauki.

Jeszcze w połowie XX w. spory o wiek pradawnych artefaktów nie dawały nadziei na rozstrzygnięcie, z jakiej epoki pochodzą te czy inne budowle, grobowce, przedmioty. Jednak w roku 1949 zespół prof. Willarda Libby’ego wynalazł metodę datowania za pomocą analizy izotopu węgla C14. Jej zastosowanie zakończyło większość dyskusji nie tylko na temat wieku ziemi czy epok geologicznych, ale też dziejów gatunku ludzkiego i historii cywilizacji. Całkiem niedawno archeolodzy uważali też za niemożliwe przypisanie reliktów np. kultury łużyckiej konkretnym plemionom ówczesnej Europy. Nadal jest w tym zakresie mnóstwo niewiadomych, ale sprawa ta przestała być beznadziejna. W naukach historycznych dość niespodziewanie znalazło bowiem zastosowanie badanie kodów DNA. W 1987 roku po raz pierwszy za ich pomocą zdołano ustalić sprawcę morderstwa. I rozstrzyga się tajemnice dawniejszych, o ile zabezpieczone ślady przetrwały do naszych czasów. Obecnie z powodzeniem identyfikuje się tym sposobem zwłoki, co umożliwia także rozstrzyganie sporów o bieg historii sprzed stuleci. Badania kości siedemnastowiecznych Kozaków zaskoczyły genetyków tym, że zawarte w nich kody często bliższe są mieszkańcom niemiecko-polskiego pogranicza niż Rusi. Z kolei rodowici Meklemburczycy genetycznie okazują się bliżsi Słowianom niż Germanom.  Jesteśmy dopiero na początku podobnych analiz, ale wiele wskazuje na to, że stanowią one klucz do rozwiązania bezliku zagadek historii, uważanych dotąd za nierozwiązywalne. Dzięki zastosowaniu wcześniej nieznanych zdobyczy nauki mamy szansę dowiedzieć się, jakie to ludy budowały prehistoryczne osady czy pozostawiły kurhany m.in. na terenie naszego kraju. Kto wie, jakimi środkami będzie dysponować nauka przyszłości i jakie tajemnice wtedy wyjaśni.

A dochodzeniu do prawdy służy przecież nie tylko nauka. Przypomnijmy sobie, jaka wersja historii lat osiemdziesiątych dominowała jeszcze kilkanaście lat temu. Najsilniejsza i w największym stopniu wolna od agentury część opozycji, jaką była Solidarność Walcząca, w niedawnych narracjach w ogóle nie istniała, a TW Bolek wraz z szeregiem innych szpicli bezpieki mieli rangę największych autorytetów i narodowych bohaterów. Okazało się jednak, że za rządów Mazowieckiego nawet spalenie większości dokumentów SB oraz medialny quasi-monopol, będący propagandową tubą postkomunistów nie wystarczyły do zakłamania prawdy o najnowszej historii Polski. Mantrę z różnymi spreparowanymi legendami, w latach dziewięćdziesiątych będącymi  „jedynymi prawdami”, obowiązującymi w mediach, szkolnych programach i podręcznikach powtarzają dzisiaj już przecież wyłącznie najbardziej zakłamane oszołomy.

Tym bardziej dziwi przytaczanie stricte propagandowej wersji tragedii kieleckiej z lipca 1946 roku. To, że antypolskie oszczerstwa zyskały nagłośnienie o takiej skali, że większą trudno sobie wyobrazić nie znaczy przecież, że kłamstwo tym sposobem zamieniło się w prawdę. A prace prof. Iwo Pogonowskiego czy Krzysztofa Kąkolewskiego, choć ich nakłady są tysiące razy mniejsze od zalewu oszczerczej trucizny, są jednak dostępne. Przypominają one o wydarzeniach poprzedzających zbrodniczą inscenizację. Na przykład to, że pomimo skupienia w latach 1945–46 narodów Europy na odbudowie własnego życia dla sporej ich części to, jak potraktowano Polskę było niemożliwą do zaakceptowania zbrodnią wołającą o pomstę do Nieba. Nasz wizerunek był więc niszczony nie tylko furią antypolskiej propagandy, ale też podłościami takimi, jak Proces szesnastu, dążący do przesunięcia naszego państwa i narodu z koalicji antyhitlerowskiej do obozu popleczników Hitlera. Celem udowodnienia światu, że Polacy to naród ludobójców, w pierwszym roku po zakończeniu wojny usiłowano przeprowadzić kilka spektakularnych pogromów, z których żadnego nie udało się doprowadzić do oczekiwanego skutku. Stąd zbrodni, przeprowadzonej 4 lipca 1946 roku w Kielcach, nie należy nazywać prowokacją, bo każdy jej detal zawiera dobitne dowody działania ściśle zaplanowanego i sterowanego. Sam fakt zabijania ofiar przez strzelających milicjantów oraz to, że w promieniu kilkuset metrów znajdowały się komisariaty MO, UB, placówki ORMO, pełne wojska koszary zarówno polskie, jak i sowieckie oraz jednostki KBW i NKWD świadczy o tym, jak bardzo troszczono się o skuteczność operacji, a jak mało o jej wiarygodność. Gdyby ktoś z komunistycznych władz życzył sobie przerwania zbrodni, w ciągu kilku minut mógłby na jej miejsce sprowadzić tysiące uzbrojonych ludzi. Wiadomo, że dowódcy tych jednostek śledzili bieg wydarzeń, a jeszcze lepiej wiadomo, jakim sposobem zmuszono miasto do milczenia na temat ich prawdziwego oblicza. Sądowy proces w tej sprawie ruszył już po czterech dniach i w błyskawicznym tempie dziewięciu rzekomo winnych skazał na śmierć. Wszystkich rozstrzelano 12 lipca, czyli już tydzień po pogromie! Wiadomo przy tym, że część z tych, na których wykonano wyroki śmierci, miała wręcz niekwestionowalne alibi. Nie mogli być w części miasta, w której doszło do zbrodni, bo całe dniówki przebywali w odległych o kilka kilometrów zakładach pracy. Na innych, mających z wydarzeniami podobnie wiele wspólnego, spadały wyroki wieloletniego więzienia lub dożywocia. O cóż więc innego mogło chodzić, jak nie o danie wszystkim do zrozumienia „milczcie i zgadzajcie się z wszystkim, co nakazujemy, bo skazać i natychmiast rozstrzelać możemy każdego”. A sowiecki okupant wraz z przywiezionym z Moskwy reżimem wyciągał z tej zbrodni wszystkie potrzebne mu korzyści. Świat prawie nie usłyszał wyników sfałszowanego referendum, bo zagłuszyły je wiadomości o zbrodniczym polskim narodzie, mordującym ostatnich ocalałych z holocaustu. Rozpętana histeria dała też pretekst do masowych represji przeciw wszystkim, do zagłady których komuniści dążyli – biskupów i księży (też aresztowano tych, których nawet nie było wtedy w Kielcach), weteranów AK czy  patriotów związanych z Polskim Państwem Podziemnym.

W przypominaniu faktów o tragicznych wydarzeniach nie chodzi o żadne „wybielanie” narodu. Bułat Okudżawa śpiewał, że „bezgrzesznych nie zna przyroda”  i jak najbardziej miał rację. Tym bardziej w Polsce, w której na długie sześć lat okupanci urządzili kipiące ludobójstwem piekło, mentalnie okaleczające, rujnujące świat wartości, wykolejające psychikę. Taki koszt wojny też ponosiliśmy i to w skali masowej. Nikt rozsądny nie twierdzi, że kiedykolwiek byliśmy narodem aniołów, ale każda ocena, pomijająca ten kontekst, w najlepszym razie jest nic niewarta.

Spora część świata jest fabryką zakłamanych narracji. W miejsce skompromitowanych generowane są nowe. Prawdą zawsze pozostanie jednak nie to, co najbardziej nagłośnione, lecz wyłącznie to, co nią jest.

Artur Adamski

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article