1,7 C
Warszawa
poniedziałek, 28 listopada, 2022

Rząd światowy. Teoria spiskowa czy raczej (całkiem realny) spisek w praktyce?

Must read

Traktat Pandemiczny WHO szykuje nam globalny sanitaryzm: nowe infekcje, kolejne lockdowny i nowe iniekcje. Z zawieszeniem uprawnień wybieralnych dotąd rządów tradycyjnych państw narodowych włącznie. Za to być może z biologicznymi chipami od Bourli. Z kolei samozwańcy od Schwaba z Davos szykują światu nędzę energetyczną, czyli chłód, głód i ubóstwo tym wszystkim, którzy nie chcieli uwierzyć w globalne ocieplenie. Wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili… – jak zauważył był Edmund Burke.

        Gdy o rządzie światowym napisze jakiś pozostający poza ortodoksją politycznej poprawności uczony, publicysta albo zwłaszcza bloger, to może być pewny, że wkrótce otrzyma etykietkę wyznawcy teorii spiskowych, a do tego epitet w rodzaju „oszołoma” czy „foliarza”. Gdy jednak sformułowanie Nowy Porządek Świata (New World Order) wyrwie się z ust komuś z klanu Bushów, albo politycznymi wpływami szkoły globalnych młodych liderów zacznie się chełpić Klaus Schwab, niemłody już przecież założyciel Światowego Forum Ekonomicznego (World Economic Forum, WEF)), wówczas klękajcie narody i najlepiej oddajcie się od razu w opiekę filantropom z DGO. Znaczenie tego ostatniego skrótu wyjaśni się nieco później.

      Trzymając poziom, racjonalni sceptycy i uważni obserwatorzy tego, co się aktualnie dzieje w świecie, użytej w tytule kategorii zaraz dadzą precyzyjny odpór. Jaki rząd światowy, skoro na globie jest blisko dwieście różnych państw, a tymczasem wciąż jeszcze co najmniej kilka ludów czy narodów w poczuciu swej etnicznej i kulturowej odrębności walczy o własną odrębną państwowość. Kto? Na przykład Baskowie, Kurdowie czy Palestyńczycy… Nie wspominając już o kontynencie afrykańskim. Więc opowieści o rządzie światowym, powiedzą sceptycy, można włożyć między bajki.

Prorocy pandemicznego irracjonalizmu

Dla pewnej przejrzystości narracji cofnijmy się do początków roku 2020, gdy ludzka społeczność Ziemi, a szczególnie jej euroatlantycka część, została podstępnie zaatakowana. Trzeba tu zresztą mówić o ataku dwojakiego rodzaju, do którego użyto zarówno pochodzącego z laboratoriów wirusa SARS-CoV-2, jak i bardzo nowoczesnych, wzmacnianych przez użycie mediów, metod kreowania paniki zdolnej wygenerować formy społecznej psychozy w wielkiej skali. Mówiąc wprost: broń biologiczna szczęśliwie nie okazała się bardzo zabójcza (nie wiadomo, czy taki był plan od początku, czy wirus sam skrewił), natomiast próby kreowania globalnej wioski Potiomkinowskiej pod nazwą „Pandemia CoViD-19” dały efekty nader obiecujące.

       Mówiąc inaczej, globalna publiczność świata zachodniego, właśnie ci wszyscy „zamożni, wykształceni z państw z etykietką demokracji liberalnej” dali się podejść i nabrać na pandemię wyjątkowo łatwo. Bez zastrzeżeń przyjmowali kolejne, wzajemnie sprzeczne tezy menedżerów sanitaryzmu oraz ich eskalujące grozę dyrektywy. Z całą właściwą sobie delikatnością nie dostrzegali braku spójnej logiki we wciąż zmienianym oficjalnym przekazie pandemicznym. Nie peszył ich bynajmniej brak faktów, które potwierdzałyby w realu oficjalną narrację pandemiczną z mediów głównego nurtu. Gładko kupowali kolejne wersje „kowidowej” propagandy, rezygnując ze zdrowego rozsądku, a często niestety także z instynktu samozachowawczego.

       A przecież od początku właściwie we wszystkich liczących się dziś ośrodkach i środowiskach badawczych już w maju-czerwcu 2020 roku odezwały się (zgoda, że mocno wyciszane!) głosy uczonych, którzy nie uwierzyli zaklęciom Czterech Jeźdźców Kowidokalipsy: Gatesa, Fauciego, Daszaka i Ghebreyesusa, iż oto przestają obowiązywać ustalenia dotychczasowej wirusologii, mikrobiologii, epidemiologii czy psychologii społecznej. Już wtedy, kto tylko chciał, mógł znaleźć głosy przestrogi tych badaczy, którzy pozostali sobą, ostrzegając zarówno sprawujących władzę państwową przed fatalnymi skutkami chybionych, przeciwskutecznych, nieraz wręcz szkodliwych obostrzeń oraz nakazów, jak i apelując do ludzi przerażonych straszliwą wizją zarazy, aby próbowali mimo wszystko żyć normalnie i pozostać sobą. 

Dwa lata wakacji od rozumu naukowego

Przesłanką dla trafnej odpowiedzi na pytanie o istnienie rządu światowego, jest powszechne i uporczywe powielanie absurdalnych działań przez rządy wielu państw cywilizacji euroatlantyckiej w reakcji na tzw. pandemię CoViD-19. Owszem, można by zrozumieć owe nieracjonalne działania w krótkiej początkowej fazie zarazy, kiedy groźny patogen pozostaje jeszcze nierozpoznany. Gdy nie znamy ani dróg jego przenoszenia, ani odsetka ofiar śmiertelnych. Co gorsza, na ulicach leżą stosy martwych ciał, płoną całe kwartały miast. Zaczynają się rozruchy głodowe oraz ataki spanikowanych jednostek. I wtedy do akcji wkraczają owe patrole quasi-kosmitów w białych kombinezonach z jasnoniebieskimi paskami…

        Sugestywny obraz takiej sytuacji przynosi film Stevena Soderbergha „Contagion – epidemia strachu”, z roku 2011, który stanowi swego rodzaju instruktaż dla służb nie tylko medycznych, lecz także agend państwowych, jak się w razie wielkiego zagrożenia zachować. Film jest pouczający, bo scenarzysta odrobił lekcję, konsultując wcześniej temat wybuchu naprawdę groźnej zarazy ze znawcami przedmiotu. Instruktywny również dlatego, że działania stosownych służb w chińskim Wuhan (ale również funkcjonariuszy WHO) pomiędzy październikiem 2019 a lutym roku następnego stanowiły modelowy przykład, jak w przypadku groźnej epidemii postępować nie należy.

I podczas tej „pandemii” tak się właśnie działo, zupełnie inaczej niż w filmie Soderbergha, lecz dokładnie podług recepty Wuhan-WHO, aby raczej ukrywać i lekceważyć fakty, jednocześnie wzmagając panikę i demonizując rzeczywistość. Zafundowano światu obrazy lekarzy-kosmitów w budzących grozę kombinezonach, zamknięto dostęp do wielu placówek leczniczych, uruchomiono za to pozostające w ciągłej gotowości prowizoryczne szpitale „kowidowe”. Do tego, odbiorcom medialnej papki serwowano codzienne porcje nader wątpliwych, bo nieweryfikowalnych w praktyce statystyk zachorowań i zgonów, co stanowiło świetne dodatkowe narzędzie psychicznego gnębienia ludzi, wyrwanych przez ten dwuletni okres ze swego normalnego życia.

      Ale przecież w tym samym czasie zdarzali się również lekarze-specjaliści od chorób zakaźnych, którzy normalnie przyjmowali i leczyli pacjentów „kowidowych”, wynikami swej codziennej praktyki lekarskiej zadając kłam oficjalnej „narracji pandemicznej”… W USA byli to tzw. Lekarze z pierwszej linii (ang. America’s Frontline Doctors), leczący swych pacjentów iwermektyną. W Polsce chorych ludzi w potrzebie nie opuścili m.in. dr Anna Martynowska z Lądka-Zdroju czy dr Włodzimierz Bodnar z Przemyśla, z dobrym skutkiem stosujący amantadynę wkrótce po zakażeniu trefnym wirusem.

Globalne centrum zarządzania pandemią

W szoku, w panice przed nieznanym, przez krótki może mylić się wielu nawet dobrych fachowców. Części z nich przebicie się przez nawałę ogniową propagandy może zabrać trochę więcej czasu… Ale żeby niemal wszyscy rządzący państwami „demokratycznego” Zachodu i prawie wszyscy krajowi menedżerowie od zarządzania „pandemią” przez bite dwa lata nie zorientowali się, o co idzie? Tak się po prostu nie zdarza. Bo akurat politycy – choć często na niczym realnie się nie znają! – dobrze wiedzą, gdzie leżą konfitury i kiedy chleb spada masłem na dół, a kiedy odbywa się to wręcz odwrotnie.

       W tym właśnie rzecz. Tak głęboko nieracjonalnych działań w czasie dwóch lat „pandemii”, działań niezgodnych ani z najlepszą wiedzą medyczną, ani z interesem ludzi, którzy powierzyli im mandat władzy w demokratycznych wyborach, nie da się wytłumaczyć inaczej niż faktem, że rządy państw euroatlantyckich zostały jakoś pozbawione swej autonomii. Toteż prowadziły analogiczną, w praktyce imitacyjną politykę „kowidową”, według jednolitych zaleceń, pochodzących z jakiegoś zewnętrznego centrum. Tym scentralizowanym działaniom, niekiedy tylko przesuniętym nieco w fazie, towarzyszył karykaturalnie jednolity przekaz propagandowy. Kto pamięta retorykę pierwszego dziesięciolecia PRL-u, ten wie, o czym mówię. Ilustracją tego zjawiska dla młodszych czytelników może być zabawny klip „This is extremely dangerous to our democracy”, do znalezienia w serwisie YouTube.

      Z faktu, że w sytuacji (podobno) ekstremalnie dla ludzi groźnej rządy wielu nominalnie suwerennych i demokratycznych państw różnych niezbędnych działań zaniedbały, a wiele zbytecznych, nieracjonalnych i niekorzystnych dla rządzonych przez siebie wspólnot – wykonywały jak pod sznurek, można wnosić, że decyzje w sprawach tzw. pandemii zapadały poza gabinetami rządów poszczególnych państw. I że były to decyzje jakoś dla tych rządów obligatoryjne. Stąd wniosek o istnieniu centrum, które programuje oraz koordynuje takie działania w skali globu, wydaje się całkiem uprawniony. Szczególnie w czasach odświeżonej w popkulturze mody na Sherlocka Holmesa. Choć w tym przypadku mocniej chyba postawiono na doktora Watsona…

Rząd światowy? Samozwańcy? Interesariusze z Kosmosu?

Problem z nazwą dla tego wydedukowanego centrum rozstrzygania o mniej czy bardziej realnych problemach naszego globu nie jest chyba tak naglący jak wskazanie jego choćby przybliżonego adresu. A także mandatu do podjęcia całkiem arbitralnych, często skrywanych działań, które mają przesądzać o losach blisko ośmiu miliardów Ziemian. Zwłaszcza ten mandat, a dokładniej mówiąc, jego brak, czyli zwykła uzurpacja, że się tego rodzaju uprawnieniem dysponuje np. z racji dziedziczenia jakiejś gigantycznej fortuny, choćby i nieco przez siebie pomnożonej. Nie, w cywilizacji łacińskiej to tak nie działa, a trudno dziś nie dostrzegać, że kryzys kowidowy najbardziej dotknął kraje euroatlantyckie, będące mocno schyłkowym już i słabnącym, ale przecież jednak następcą świata zbudowanego dzięki kulturze prawnej Rzymu, spekulatywnej myśli starożytnej Grecji oraz antropologii i etyce katolicyzmu.  

      Istnienie domyślnego centrum globalnego zarządzania rodzi jeszcze inny problem niż naruszenie obowiązującego dotąd paradygmatu poznania naukowego, opartego na uporczywym dążeniu do prawdy poprzez pytania i wątpliwości, poprzez weryfikowanie argumentacji oraz prawo do dyskusji. Czyli tego wszystkiego, co w głównym nurcie kowidiańskiej propagandy nie istniało, gdyż (zapewne na polecenie centrum) było konsekwentnie eliminowane. Tym drugim problemem, z punktu widzenia społecznego znacznie donioślejszym, jest kwestia milczącego anulowania uprawnień suwerena wobec demokratycznie wyłonionych władz. Terror medialno-sanitarny z dwóch poprzednich lat – aż świerzbi język, by opatrzyć go dosadną nazwą, na jaką w pełni sobie zasłużył! – usunął z pola widzenia zachodnich społeczeństw kwestie odpowiedzialności rządzących przed suwerenem, któremu ten swój mandat do sprawowania władzy zawdzięczają.

      Pora na ostrzu noża postawić kwestię, dlaczego goście prywatnej w końcu osoby, jaką jest inżynier Klaus Schwab, owszem, po kądzieli zstępny Rotszyldów, a przynajmniej niektórzy z zapraszanych przez niego do Davos, uzurpują sobie prawo do arbitralnego decydowania o losach całego świata. Interesariusze? Carscy bojarzy? Właściciele ziemskiego globu? Bez względu na ogrom zgromadzonych przez nich majątków nikt im takiego prawa nie przyznał.

Chcą nam wmówić, że lepiej już było    

Że to nie koniec, że „Wojna na Ukrainie” jest tylko chwilowym antraktem między kolejnymi epidemiami mogą świadczyć choćby wniesione przez ekipę prezydenta USA Josepha Bidena, a konkretnie przez Loyce Pace, poprawki do Traktatu Pandemicznego uchylające (teraz już w sposób formalno-prawny!) suwerenność państw narodowych na czas ewentualnych pandemii. Nadanie dyktatorskiej władzy WHO, czyli strukturze finansowanej w znacznej mierze przez Billa Gatesa, w rezultacie sprawi, że pytania do władz państwowych, dlaczego podczas pandemii czegoś zaniedbały, a coś innego zrobiły na ów żargonowy rympał, nie będą już zasadne.

       Inaczej, gnębieni kolejnymi produktami z biolaboratoriów ludzie nie będą mogli już mieć pretensji do wybranych przez siebie władz, bo z nadania frontmanów Deep Global Owners (DGO) na czas pandemii staną się poddanymi Tedrosa Adhanoma Ghebreyesusa, dyrektora generalnego WHO lub jego następców. Dyrektor Tedros, tigrejski rewolucjonista i etiopski minister, osadzony na czele WHO dzięki poparciu Chin, otrzymał w jakiejś londyńskiej instytucji edukacyjnej nawet doktorat z medycyny społecznej, mimo że jego angielski brzmi niezbyt komunikatywnie. W każdym razie, to właśnie tacy ludzie jak on czy wspomniana wyżej Loyce Pace (magisterium z medycyny publicznej w Johns Hopkins University), mają być frontowymi operatorami DGO w szalonych czasach globalnego sanitaryzmu.

       Warto zatem mieć na uwadze słowa dr. Roberta Redfielda, szefa CDC w latach 2018 – 2021, który podczas udzielanego niedawno wywiadu przejawił niezwykłe zdolności profetyczne, mówiąc: „Myślę, że pandemia CoViD była tylko sygnałem alarmowym. To żadna wielka pandemia. Jestem przekonany, że wielka pandemia dopiero nas czeka, a będzie to pandemia ptasiej grypy, która zaatakuje teraz człowieka. Pandemia ze śmiertelnością rzędu od 10 do nawet 50 proc., co oznacza poważne kłopoty”.  Interesujące oświadczenie, zwłaszcza w zderzeniu z publicznie ujawnionym przekonaniem dr. Redfielda, że wirus SARS-CoV-2 wydostał się z laboratorium w Wuhan…

Gates i Daszak nie od dziś prorokują analogicznie, aż strach się bać. Tym bardziej że przed rokiem w Monachium, podczas konferencji dotyczącej biozagrożeń, mówiono o możliwej epidemii małpiej ospy, której wybuch przewidywano na maj roku 2022.  Niestety, zło zawsze triumfuje, gdy dobrzy ludzie nie podejmują żadnych przeciwdziałań.  

Waldemar Żyszkiewicz

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article