0,7 C
Warszawa
poniedziałek, 28 listopada, 2022

Druga Rosja. Czy istnieje?

Must read

Dyskusja na temat, jak skutecznie pomóc Ukrainie trwa od pierwszego dnia wojny. W stolicach krajów demokratycznego świata formułuje się różne odpowiedzi na to pytanie. Przeważają opinie, że sankcje na Rosję, gospodarcze, polityczne, finansowe wcześniej czy później zmuszą Putina do zaprzestania agresji. Czy zwolennicy tych opinii mają rację?

           Nie ulega wątpliwości, że siła wspólnego sprzeciwu wobec putinizmu tkwi głównie w sile ducha narodu ukraińskiego, jego umiejętności odparcia agresji, a także w jedności cywilizowanego świata. Nasza solidarność z Ukrainą ma podłoże ideowe – wspólne wartości demokratyczne i światopoglądowe. Zaprzeczać temu może jedynie wróg wolności. Wojna na Ukrainie zjednoczyła Europę w walce przeciwko nowej formie imperializmu, prawie niczym się nieróżniącego się od dawnego XX-wiecznego, w odmianach czerwonej i brunatnej, czyli sowieckiego stalinizmu i niemieckiego narodowego socjalizmu.

Walka z rosyjską agresją wymaga ogromnych wyrzeczeń i od Ukraińców,  i od popierających ich narodów. Nałożone na Rosję sankcje polityczne i gospodarcze odbijają się negatywnie również na poziomie życia Ukraińców i mieszkańców krajów Unii Europejskiej. Każdy dzień wojny przynosi nowe ofiary, zniszczenia i ludzką tragedię. Wojny nie da się wygrać bez strat i wyrzeczeń. Ale czy wszystkie ofiary i wyrzeczenia są niezbędne, aby pokonać Putina i jego idee „rozpowszechnienia „ruskiego miru”?

Z drugiej strony, jak reagować na hasła „sprowadzenia Rosjan do poziomu epoki kamienia łupanego? Co można odpowiedzieć tym, którzy nawołują do odcięcia się od kultury rosyjskiej, do skreślenia z dorobku cywilizacyjnego dzieł wielkich twórców rosyjskich: muzyków, pisarzy, naukowców i innych intelektualistów? No i najważniejsze, jaką postawę przyjąć wobec Rosjan sprzeciwiających się agresji putinowskiej?

Zastanówmy się, czy negacja „kultury rosyjskiej” pomaga Ukraińcom w ich walce o wolność? Czy rezygnacją z Czajkowskiego, Dostojewskiego, Puszkina, Tołstoja, Brodskiego i innych wielkich Rosjan doprowadzi do porażki agresorów? Wręcz przeciwnie, wzmocni propagandę putinowską w opisach przebiegu tej wojny i stanie się narzędziem dalszego „prania mózgów” Rosjanom popierającym agresję. Najgorsze jednak jest to, że odrzucając rosyjską kulturę, tracimy w tym ogromnym kraju bardzo licznych przeciwników Putina, w tym polonofilów wszystkich odcieni politycznych i prawicowych i skrajnie lewicowych. Paradoksalnie zjawisko rosyjskiego polonofilstwa jest słabo znane w Polsce. Wiedza Polaków na ten temat ogranicza się do znajomości pierwszego rosyjskiego dysydenta Aleksandra Hercena, który poparł powstanie styczniowe.

Polonofilstwo od średniowiecza było w Rosji symbolem walki z barbarzyństwem, z ideą rosyjskiego mesjanizmu pod hasłem „Rosja – trzeci Rzym”, z ideologią światowej rewolucji komunistycznej. Poparcie polskich dążeń wolnościowych w XIX wieku stało się swoistym papierkiem lakmusowym prawdziwej inteligencji. Hercen na łamach swego „Kolokołu” (Dzwon) pisał, że polonofob nie może być prawdziwym inteligentem rosyjskim. W czasach postalinowskich, nazywanych „odwilżą”, wśród sowieckiej inteligencji, szczególnie dysydentów, bardzo popularna stała się nauka języka polskiego. Pisanie i czytanie po polsku było jak powiew świeżego powietrza wolności i próba zerwania z duchowym niewolnictwem. To, co pisano i czytano w liberalnym PRL-u stawało się dla sowieckiej inteligencji objawieniem. Paradoksalnie sowiecka cenzura nie ograniczała dostępu obywateli sowieckich do prasy polskiej i wydawnictw książkowych, w tym tłumaczeń z języków obcych. Późniejszy noblista, wybitny poeta Josif Brodski twierdził, że nauczył się polskiego, aby przeczytać polskie tłumaczenie książki wybitnego francuskiego filozofa i pisarza Jeana-Paula Sartra. Zwiedzających muzeum w petersburskim mieszkaniu Josifa Brodskiego (wyrzuconego z kraju w latach 70.) zdumiewa wielość polskich książek, wycinków z polskich gazet i czasopism. To zafascynowanie polskością przerodziło się później na emigracji w przyjaźń dwóch wybitnych poetów-noblistów Brodskiego i Miłosza.

O skali polonofilstwa w Rosji może świadczyć jeden ciekawy fakt. W 2013 roku w stulecie urodzin Czesława Miłosza polska fundacja „Za Wolność Waszą i Naszą” z inicjatywy Natalii Gorbaniewskiej i finansowym wsparciu polskiego Ministerstwa Kultury zorganizowała w St. Petersburgu konferencję na temat „Miłosz i Rosja”. Ku ogromnemu zdziwieniu samej Natalii Gorbaniewskiej i polskich współorganizatorów konferencji liczba znawców twórczości Miłosza w Rosji była porównywalna z liczbą badaczy twórczości noblisty w Polsce.

W 1981 roku grupa rosyjskich dysydentów, próbujących zakładać w kraju niezależne struktury związkowe, w „Posłaniu do I Zjazdu „Solidarności” pisała: Wasza walka o sprawy zwykłych ludzi w Polsce jest też naszą walką. Wszystko to, czym przyczyniacie się do śmierci kłamstwa i dwulicowości oraz do realizacji podstawowych potrzeb pracowniczych, osłabia również i nasz reżym. Polska nie będzie wolna, dopóki wolna nie będzie Rosja. Dziś „Solidarność” jest naszym drogowskazem.

 Podobne nastroje panują również dzisiaj wśród rosyjskiej opozycyjnej inteligencji. Polonofilstwo stanowi swoistą siłą napędową w walce z putinizmem. Jeszcze na początku XX wieku wśród rosyjskich rewolucjonistów panowało przekonanie, że stosunek do Polaków i ich walki o niepodległość to swoisty „papierek lakmusowy” prawdziwego inteligenta rosyjskiego.

Historia stosunków polsko-rosyjskich zna o wiele więcej przykładów bohaterskiego polonofilstwa. To nie tylko Hercen i Andrij Potebnia (poległy w bitwie pod Skałą w powstaniu styczniowym), którzy dzielnie walczyli „o wolność naszą i waszą”. Jestem przekonany, że wkrótce Rosjanie będą czcić pamięć kapitana Armii Czerwonej Konstantego Kaługina, który za swój aktywny udział w Powstaniu Warszawskim i za listy do Stalina z prośbą o pomoc dla powstańców zapłacił wyrokiem piętnastu lat w obozie koncentracyjnym.

Ta „druga Rosja”, która popiera Ukrainę i świat demokratyczny Zachodu w walce z agresją Putina, istnieje i dziś. Rosyjscy polonofile są w pierwszych szeregach tej nierównej walki. To przede wszystkim ludzie moskiewskiego „Memoriału”, którzy w rosyjskich sądach dzielnie reprezentują ofiary Katynia, którzy zajmują się upamiętnieniem ofiar „operacji polskiej” z lat 1937–1938. Przypomnijmy jedynie, że tych było ofiar prawie tyle samo, ile ofiar Powstania Warszawskiego – około 200 tys. Ludzie „Memoriału” zgromadzili już dane o niemal 50 tysiącach pomordowanych Polaków. Robią to mimo szykan i prześladowań, a teraz w okresie nasilenia represji w związku z wojną na Ukrainie, pod groźbą aresztowania i więzienia.

Druga Rosja symbolizuje nie tylko bierny opór wobec agresji rosyjskiej. Są Rosjanie, którzy pomimo wielu trudnych przeszkód przedostają się na Ukrainę i wstępują do armii ukraińskiej, aby razem z narodem ukraińskim bronić jego wolności, walcząc jednocześnie o wyzwolenie własnego kraju spod dyktatury Putina. Powstała antyputinowska organizacja „Nastojaszczaja Rossija” (Prawdziwa Rosja) na czele z byłym mistrzem świata w szachach Garrim Kasparowem i wybitnym pisarzem Borisem Akuninem. Jej główny cel – pomoc dla armii ukraińskiej. Spotkanie premiera Polski Mateusza Morawieckiego z Garrim Kasparowem 18 maja świadczy o tym, że „druga Rosja” nie jest izolowana, że w UE widać zrozumienie i poparcie dla jej działań na rzecz zwycięstwa Ukrainy w wojnie.

Garri Kasparow w jednym ze swych publicznych wystąpień wyznaczył również inny nie mniej ambitny cel „Nastojaszczej Rossii”: doprowadzenie do wyrażenia skruchy narodu rosyjskiego za to, że teraz popiera Putina w zbrodniczej wojnie. Narodowi jest potrzebna druga Norymberga, potrzebne osądzenie przestępców wojennych, potrzebny powszechny żal za wyrządzone zło. Ta rosyjska Norymberga dotyczy każdego domu rosyjskiego, każdy Rosjanin powinien odczuć ból zbrodni na Ukrainie. Tylko w ten sposób kraj może wrócić do cywilizowanego świata, przywrócić cywilizacyjną normalność i zbudować nową demokracje. Inaczej niż naród niemiecki, który po II wojnie światowej przeszedł duchową denazyfikację pod obcą okupacją, Rosjanie muszą zrobić to sami, z własnej woli, bez przymusu z zewnątrz, z przekonaniem, że bez duchowej odnowy ten kraj nie może dalej istnieć.

Dziś podobna wizja przyszłej Rosji wygląda jak utopia, ale innej drogi nie ma. Alternatywą może być jeszcze większe pogrążenie kraju w marazmie, w otchłani zbrodni i zdrady. A to może doprowadzić do zniszczenia Rosji, a w konsekwencji i całego świata. Doskonale rozumieją te realia ci Rosjanie, którzy opowiadają się za „drugą Rosją”. Legendarny przywódca polskiej „Solidarności Walczącej” Kornel Morawiecki w swoim czasie, trochę ironicznie, trochę żartem, a trochę serio mówił: Rosja musi być w NATO i Unii Europejskiej i to będzie ostatnie śmiertelne uderzenie w imperializm rosyjski, który zginie na zawsze. Mówić coś takiego teraz, w czasie wojny na Ukrainie, jest co najmniej niestosowne, ale wojna nie trwa wiecznie. Porażka Rosji putinowskiej w tej wojnie nie powinna zniszczyć Rosji, lecz odbudować ją na zupełnie nowym demokratycznym, antyimperialnym podłożu. Credo rosyjskiego nacjonalizmu brzmi: Rosja może być albo imperium, albo nie będzie jej wcale. Jest to fałszywe stwierdzenie. Rosja może być normalnym cywilizowanym, demokratycznym państwem żyjącym w zgodzie ze swymi sąsiadami i całym światem. Nie jest to utopia, lecz realna perspektywa, dla której nie ma alternatywy.

Dlatego jestem przekonany, że najskuteczniejszym narzędziem naszej walki z putinizmem powinna być pomoc tym Rosjanom, którzy walczą o demokratyczną przyszłość własnego kraju.

Prof. Mikołaj Iwanow

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article