0,7 C
Warszawa
poniedziałek, 28 listopada, 2022

Bibliofile i barbarzyńcy

Must read

Żyjący na przełomie XIX i XX wieku warszawski bibliofil Zygmunt Wolski, nie znosił darcia makulatury. Jego wieloletnie doświadczenia w poszukiwaniu „perełek” bibliofilskich nakazywały, by każdy świstek zapisanego papieru traktować niczym ważne źródło.

Kiedy pracował w szkole średniej, miał zwyczaj zadawać uczniom temat wypracowania na początku roku szkolnego. Prac tych z reguły nie sprawdzał, ale i nie wyrzucał ich do kosza. Odkładał na bok tłumacząc, że są to być może, świadectwa pracy przyszłych znanych osób. W swojej bibliotece, a liczyła ona kilkadziesiąt tysięcy woluminów, znajdowały się dedykacje od byłych uczniów, którzy dziękowali profesorowi na przykład za wzbudzenie zainteresowań badaniami przyrodniczymi. Zygmunt Wolski zapisał swoje zbiory w testamencie kilku instytucjom. To, czego nie przeznaczył na cele publiczne, przejęli spadkobiercy. Część tych zbiorów  trafiła do  antykwariatów.

Dlaczego podejmuję temat książek niechcianych? Przed kilkoma dniami znalazłem w Internecie informację o losach książek z biblioteki zmarłego  prof. Michała Hasiuka, wybitnego bałtologa z Poznania. Książki zostały znalezione w kontenerze na poznańskim osiedlu mieszkaniowym. Ich losem zainteresowali się studenci, którzy część z nich uratowali od zagłady. Na zamieszczonych w Internecie zdjęciach widać słowniki, prace naukowe itp. Niektóre mają trafić do studentów. Dobrze, że ktoś w porę  zareagował i ocalił te pozycje od zniszczenia. To nie jest jedyny przykład braku rozsądku. Oto przed kilku laty, podczas remontu prowadzonego w Instytucie Historii Uniwersytetu Wrocławskiego przy ul. Szewskiej we Wrocławiu (miejscu szczególnie mi bliskim ze względu na studia historyczne w latach 80.) wyrzucono na zewnątrz budynku stos co najmniej kilkuset książek, w tym starych publikacji z XIX wieku, może nawet starszych. Wśród wyrzuconych tam pozycji, znajdowały się listy do wrocławskich badaczy, pisane z innych niemieckich uczelni. Kilku osobom udało się wydobyć z tego stosu kilkadziesiąt książek, które dzięki temu nie uległy zniszczeniu. Co się stało z pozostałymi, nie wiadomo. Wiem natomiast, że do jednego z miejscowych antykwariatów przychodzili robotnicy, by pytać, co zrobić z niektórymi elementami architektonicznymi, pozyskanymi w czasie remontu. Robotnicy mieli więcej szacunku i zrozumienia dla obiektów zabytkowych od światłych wrocławskich naukowców. Ale jak może być inaczej? Jakiś czas temu rozmawiałem z pewną osobą pracującą w antykwariacie nieopodal tejże uczelni. Byłem zdziwiony, kiedy usłyszałem, że antykwariat, który w tym miejscu istnieje od kilkudziesięciu lat, „nie ma wzięcia” wśród studentów i badaczy uniwersyteckich. „Oni, ci młodsi pracownicy uniwersytetu, rzadko przychodzą. Proszę pana, nie czytają, nie kupują, nie gromadzą książek, jak to było w zwyczaju starszego pokolenia naukowców”.

Słysząc te słowa, wspominałem moich nauczycieli akademickich sprzed czterdziestu lat. Wśród nich był raczej pomijany przez wielu dr Franciszek Biały, wybitny znawca Śląska XIX i XX wieku. Opowiadał niezwykle ciekawie dzieje kultury i polityki z tamtego okresu. Niczym z rękawa sypał tytułami książek wydanych w języku polskim i niemieckim. Znał zasoby tych prac, ujęcie problematyki badawczej przekazywał historie ich autorów. Wspomniałem, że dr Biały był pomijany przez wielu. To prawda. Nie afiszował się, nie robił wokół siebie hałasu jak inni. Przypominał mi postać Sylwestra Bonnarda, bohatera prozy Anatola France, „Zbrodnia Sylwestra Bonnard”, który zimę spędzał „in angello cum libello”, czyli cicho w kącie z książką. Pamiętam zresztą dr. Białego, którego wielokrotnie spotykałem w księgarniach bądź antykwariatach. Stał pochylony nad interesującą go publikacją, nie zwracając uwagi na otoczenie. Miałem kiedyś związane z tym dosyć zabawne zdarzenie. Chodziłem po antykwariatach i księgarniach wrocławskich i tam spotykałem dr. Białego. Wchodząc, witałem się z personelem i za każdym razem dr Biały odpowiadał, nie pamiętając, że już wcześniej kilkakrotnie to zrobił. A kiedy w Instytucie Historii prowadziłem „stolik” z bibułą podziemną, dr Biały był najwierniejszym klientem. Zawsze coś kupował, przy okazji przeglądał pozostałe pozycje i dyskutował ze sprzedającym. Jak już wspomniałem, miał olbrzymią wiedzę, dlatego lubiłem te chwile spędzone na pogawędkach.

Kiedy dowiaduję się o takich sytuacjach, jak ta z Poznania czy Wrocławia, ogarnia mnie niepokój. Jaki los czeka w przyszłości zbiory Ossolineum? Może ktoś kiedyś uzna, że skoro są zdigitalizowane, nie warto ich trzymać w magazynach. Czy zatem w ramach „europejskiej cywilizacji”, do której tak często i chętnie odwołują się pracownicy Uniwersytetu Wrocławskiego, czeka nas los ludzkości znany z książki „451 Fahrenheita” Raya Bradbury’ego? Tytułowa liczba 451, to w skali Fahrenheita temperatura  spalania papieru. Bradbury ukazał  w powieści cywilizację, która obywa się bez książek. Ich posiadanie i czytanie jest zabronione. Dlatego książki są palone przez straż pożarną.  Człowiek w tym świecie ma być szczęśliwy, bo nie musi łamać sobie głowy zawiłościami literatury, filozofii historii etc. Otoczony jest takimi samymi jak on „szczęśliwcami”, którym wszechobecna telewizja dostarcza rozrywkę i informację. „Szczęśliwi” uczniowie zdobywają wiedzę z filmów. To społeczeństwo, w którym dzieci nie są radością rodziców, a raczej zbędnym dodatkiem. Rodzice odreagowują stres, tłukąc lustra w specjalnych „wesołych miasteczkach”. Zresztą, po co ruszać się z domu, skoro telewizja nadaje interaktywne programy dla każdego? Zważywszy, że powieść została napisana w 1953 roku, kiedy telewizor  stawał się w Stanach Zjednoczonych codziennym urządzeniem, powieść antycypowała  zjawisko „człowieka obrazkowego”. Papka informacyjna otrzymywana przez dzisiejszych odbiorców mediów, nie skłania ich do analizy bądź krytycznego zastanowienia. I żal tylko, że w tym procederze mają swój udział ludzie nauki, od których powinno wymagać się przynajmniej szacunku wobec myśli przelanych na papier.  Bo czym różni się osoba z wyższym wykształceniem, która pozwala na wyrzucanie literatury na bruk, z niepiśmiennym dworskim parobkiem, radzącym „jaśnie panu”, by wyzucić te ksiązki, które nawet na podściółkę dla świnioków się nie nadają, a na półkach ułozyć renety i renklody, to psynajmniej zarobek pod zwiesnę będzie. Ale kto tam starego chce słuchać, choć przeca dobze prawię? To fragment wspomnień Zuzanny Rabskiej „Moje życie z książką”. Źle by się stało, gdybym całą rzecz zakończył  fragmentem, który sugerowałby, że prosty chłop w Polsce, nie miał szacunku dla literatury. Oto w innym miejscu Rabska wspomina swój pobyt w Lipcach Reymontowskich, do których trafiła po wypędzeniu z Warszawy przez Niemców po Powstaniu Warszawskim. Siedząc zimową porą we wspólnej z gospodarzami izbie, kiedy gospodyni przędła nić wełnianą, a oczy same zamykały się raczej z braku zajęcia niż snu, usłyszała:  Macie tu ksiązkę. Galancie napisana. Pocytajcie sobie i nam, nie będzie się wam ckniło. Pocytajcie, jak Antek z Jagną tańcowali w karcmie. Rabska czytała do później nocy, a ci prości chłopi łapczywie słuchali. Być może dziesiąty raz, bo żadnej innej książki w tej chłopskiej chacie nie było i tą jedną obywali się kolejną zimę. Słuchali i chłonęli każde słowo. „Galancie napisana”. To chyba największa pochwała, jaką mógł usłyszeć Reymont o swojej książce od tych prostych ludzi.  Dla nich ta książka była całym światem, dlatego wciąż i wciąż do niej wracali. 

Ja zaś ciągle wracam do „55 lat wśród książek” Jana Michalskiego. I nie mogę się nadziwić, ile w samej tylko Warszawie było przed wojną antykwariatów. I ilu było bibliofilów tworzących z pasją prywatne zbiory, które niejednokrotnie zasilały biblioteki publiczne. Jan Michalski, korzystając tylko z pensji nauczycielskiej, stworzył księgozbiór liczący ponad 30 tys. woluminów oraz piękny zbiór etnograficzny, na który składały się wycinanki ludowe, ceramika, skrzynie posażne itp. Michalski przekazał po wojnie cały zbiór Instytutowi Badań Literackich. Przykład Michalskiego pokazuje, jak można zabezpieczyć swoje zbiory przed zniszczeniem. Niestety, nie zawsze tak się dzieje.  W 2010 roku zmarł Stanisław Pijanowski, kolekcjoner, bibliofil i organizator prywatnego Muzeum Głuchej Puszczy,  w pow. słupeckim w Wielkopolsce. „Muzeum” było tylko z nazwy, bowiem placówka nie posiadała jednostki prawnej, znajdowała się w budynku leśniczówki niebędącej własnością Pijanowskiego. Pijanowski przez wiele lat kolekcjonował zabytki archeologiczne, historyczne, geologiczne, przyrodnicze, a także księgozbiór. W zbiorach znajdował się m.in. szłom, czyli hełm z XI wieku, odnaleziony w pobliskim jeziorze. Zdjęcie tego szłomu można było obejrzeć w starszych, peerelowskich podręcznikach szkoły podstawowej i średniej. To jedyny tego typu eksponat w Polsce, na świecie znanych jest ich kilka. Księgozbiór liczył kilka tysięcy woluminów, a w nim m.in. mszał benedyktyński z XIII wieku, Psałterz Dawidowy z 1535 roku, Konstytucja Sejmu Walnego Koronnego Warszawskiego z 1634 roku, pamiętnik Jana Kilińskiego z 1794 roku, ponad 40 Biblii (od XVI do XIX wieku), a wśród nich Biblia Radziwiłłowska z 1660 roku, ponadto około 3,5 tysiąca dokumentów i 200 map z różnych okresów historii. Pijanowski organizował wystawy, prelekcje, jego muzeum odwiedzały wycieczki szkolne. Nie zgadzał się, aby dokonano spisu eksponatów. Po 1990 roku zainteresowanie muzeum spadło. Pijanowski skarżył się na brak środków. Nie wiadomo, co się stało z niektórymi eksponatami – zaginął szłom oraz Biblia Radziwiłłowska, a także wiele historycznych dokumentów. Może zostały sprzedane przez właściciela? On twierdził, że zostały skradzione, kiedy był w szpitalu. Kilka lat po śmierci Pijanowskiego pozostałe eksponaty trafiły do Gminnej Biblioteki w Mieścisku.

Krzysztof Bronowski, właściciel Muzeum Wolnego Słowa, jest kolekcjonerem wydawnictw „drugiego obiegu”. Jego zbiór, liczący ponad 5 tys. książek i kilka tysięcy pozostałych eksponatów (gazetki, ulotki itp.), znajduje się w mieszkaniu i w piwnicach jednego z bloków w Łodzi. Jest to największy prywatny zbiór tego typu w Polsce.

Jaki będzie los tego zbioru? Czy nie zostanie rozproszony, jak wiele innych? Czy znajdzie się osoba lub instytucja, która będzie godnie kontynuowała misję Bronowskiego? Czas pokaże. 

Andrzej Manasterski

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article