8,3 C
Warszawa
poniedziałek, 26 września, 2022

Kolonializm ideologiczny

Must read

Zanim unia brukselska (zwana na totalniacki wyrost – europejską) przekształci się w państwo brukselskie, trzeba wykreować nowego człowieka brukselskiego, zdolnego pojąć i docenić to przekształcenie.

Wszędobylski i agresywny progresizm, neomarksizm, relatywizm, sekularyzacja i multikulti, kliniki aborcyjne i zmiany płci, gospodarka zeroemisyjna i federalizacja jako zmyłka wychodzenia z kryzysu – otwarte społeczeństwo brukselskie chłonie ideologię jak gąbka. Donald Tusk dzielnie walczy o brukselską Polskę. Niewybieralni zarządcy brukselscy cieszą się większym zaufaniem, niż wyłaniane w demokratycznych wyborach rządy krajów środkowoeuropejskich – tak wynika z sondaży. Jakby zmagania obrońców cywilizacji chrześcijańskiej z 1920 i 1944 roku z barbarzyństwem wschodnim i zachodnim poszły na marne.

Gdy młodzi nauczyciele, wykształceni w postkomunistycznych uczelniach w genderyzmie, elgiebtyzmie czy feminizmie, zagrażają dzieciom, gdy partyzanckie lewackie organizacje usiłują wtargnąć do przedszkoli i szkół – rodzice nie wykazują opiekuńczej aktywności, zaś miłośnicy praw człowieka i obywatela milczą. Lewicowa ideologia postępuje. Urzędnicy brukselscy zamierzają zlikwidować prawo weta w kwestiach strategicznych. Krajowa opozycja probrukselska chce zlikwidować prawdę historyczną w podręcznikach, bo nie pozwala na wdrażanie pedagogiki wstydu, tak użytecznej w rugowaniu tożsamości narodowej.

Pozostawienie mediów w rękach zagranicznego kapitału to często wypominany (ale nic poza tym) grzech pierworodny postkomunistycznej transformacji. Rzadziej wspomina się o skuteczności oddziaływania  (prania mózgów) mediów polskojęzycznych. Jeszcze w 2006 roku ponad 56 proc. ankietowanych było przeciwnych budowie atomówek. W zeszłym roku – tylko 20 proc. A przecież właściwości elektrowni jądrowych (import paliwa, przechowywanie odpadów, olbrzymie koszty budowy) się nie zmieniły.

Tymczasem ruszyła ogólnokrajowa kampania pod efektownym, choć mylącym hasłem – „Energia wiatru = energia wolności”. Trudno jednak w gospodarce bazować na czymś tak niepewnym jak podmuchy wiatru. Niemniej od namolności mediów będzie zależała akceptacja OZE i przekonanie społeczeństwa, że energia wiatrowa – nie dość, że tańsza (bo dotowana, ale o tym się nie mówi), to jeszcze bezpieczna (choć wiatr wieje, kiedy chce – ale to też poza dyskusją). Już zliberalizowano tzw. ustawę odległościową (wiatraki 500 metrów od zabudowań), co ponad 25-krotnie zwiększy dostępność dla instalacji energetyki wiatrowej.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę amerykańskie badania, które zweryfikowały dotychczasowe argumenty za walką z tzw. ociepleniem klimatu. Otóż okazało się, że pomiary były zafałszowane. Przeważyły ideologia „zielonego ładu” i OZE-biznes. Coś się jednak przełamuje w świadomości społecznej, wskazując na nieskuteczność „zielonej tresury”, gdy 70 proc. ankietowanych w naszym kraju opowiada się za reaktywacją węgla.

Samobójstwo gospodarcze

Niemieckie pomysły były proste, choć odbiegały od tak chętnie reklamowanej solidarności brukselskiej. Rura bałtycka miała zapewnić gaz, odsprzedawany innym krajom. Gospodarka niemiecka importowała z Rosji ponad 55 proc. potrzebnego gazu. Resztę miały dostarczać OZE. Ambitny program redukcji CO2 zakładał także odstępowanie od energetyki węglowej oraz eksport technologii wiatrakowej i zarabianie na woltaicznej w produkowanych w Chinach panelach słonecznych. Przyroda (brak słońca, wiatru) i wojna rosyjsko-ukraińska zweryfikowały te ryzykowne projekty. Trzeba było przeprosić się z węglem.

Podobnie uczynili to inni zwolennicy tzw. transformacji klimatycznej. W Holandii czy Austrii powraca się do wydobycia węgla kamiennego i brunatnego, uruchamia elektrownie węglowe. Komisja Europejska (w końcu odpowiedzialna za kryzys energetyczny) proponuje ograniczanie zużycia energii elektrycznej i produkcji przemysłowej. Kraje członkowskie powinny okazać solidarność z Niemcami, przekazując im gaz. Niemniej żaden z komisarzy brukselskich nie podaje się do dymisji. Zamiast likwidacji spekulacjami ETS, proponują obniżenie temperatury w mieszkaniach o jeden stopień i wstrzymywanie ogrzewania w obiektach publicznych.

Poddając się zielonemu szaleństwu brukselskiej polityki klimatycznej, nasz kraj traci suwerenność gospodarczą. Dlatego Solidarna Polska przygotowuje projekt ustawy wycofującej likwidację krajowego górnictwa po 2049 roku. Nie ulega wątpliwości, że pomysł dekarbonizacji urąga zdrowemu rozsądkowi, a gołym okiem widać, że eurokraci ograniczają wolność gospodarczą państw członkowskich, co jest zgodne z niemieckimi zapowiedziami federalizacji unii brukselskiej. W tej sytuacji rząd – jeżeli nie wypowiada obłędnej polityki klimatycznej – powinien przynajmniej zarządzić uznanie węgla za paliwo przejściowe.

Tymczasem w naszym kraju wciąż realizuje się brukselska strategia odchodzenia od węgla. W tym roku na zamykanie kopalń przeznaczono 6 mld zł. Niedawno ponad tysiąc pracowników przeszło na urlopy górnicze. Doszło do tego, że obywatele brukselscy obawiają się, czy w zimie będą mieli dość opału, a w naszym kraju – leżącym na węglu – brakuje tego surowca energetycznego. Jeszcze niedawno reklamowano produkcję samochodów elektrycznych i pomp ciepła, gdy przecież one potrzebują  prądu, a najtańszy jest z węgla.

Zielona zagłada

Strażacy uważają, że 90 proc. pożarów w lasach powoduje ludzka głupota lub nieuwaga. Te szacunki nie uwzględniają udziału aktywistów-ekologistów. Zaczadzeni zieloną ideologią, zabraniają usuwania martwych bądź skornikowanych drzew. Las powinien sam się zrewitalizować (odbudować). Tymczasem zalegające na podłożu suche drewno, to nie tylko zarzewie pożaru, lecz również utrudnienie dla strażaków. O ile więc biznes ekologiczny (zawód – ekoterrorysta) ma się całkiem dobrze, to z przyrodą znacznie gorzej. Gdy w Parku Narodowym Czeska Szwajcaria tygodniami walczono z pożarem, nie widać było ekologistów, wspierających strażaków.

W 2020 roku w Puszczy Białowieskiej – za sprawą suszy i kornika (uschnięte świerki) – pojawiło się zagrożenie pożarowe. Nie zmieniło to jednak stanowiska ekologistów – niech przyroda sama się rządzi, człowiek tylko przeszkadza. Wspiera ich nie tylko lewacka międzynarodówka ekologiczna, ale także TSUE. Dzięki temu w Puszczy Białowieskiej jest już ponad 3 mln metrów sześciennych uschniętych świerków. Puszcza zamiera, choć jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Brukselska hipokryzja ekologiczna ujawniła się podczas pandemii COVID-owej. Okazało się, że 80 proc. substancji do produkcji lekarstw  sprowadza się z Azji, gdzie – w trosce o klimat – wyekspediowano uciążliwe gałęzie przemysłu. Nie inaczej się dzieje z branżą stalową. Wojna rosyjsko-ukraińska przerwała łańcuchy dostaw, zwiększyła zapotrzebowanie na stal, podbiła ceny. Trzeba więc odbudować hutnictwo. Katowicka firma Węglokoks zamierza wybudować w Rudzie Śląskiej zeroemisyjną stalownię za 5 mld zł, wykorzystującą krajowy złom stalowy oraz walcownię. Inwestycja ma ruszyć w przyszłym roku, o ile brukselokraci pozwolą (już chcą zakazać  używania pieców na gaz), a ekologiści nie przyspawają się do wykopów pod fundamenty. Już protestują przeciwko pływającemu gazoportowi LNG w Zatoce Gdańskiej, co jest nb. w rosyjskim interesie.

Szkoła deprawacji

W programie wyborczym PO z 2007 roku znalazło się stwierdzenie:  Fundamentem zachodniej cywilizacji jest Dekalog. Ta myśl nigdy nie uwidoczniła się w działalności partii. Przeciwnie. Jej funkcjonariusze opowiadali się za ideologią gender, za aborcją (prawo człowieka), za związkami partnerskimi. To miało być miarą postępu i europejskości, bo już 21 państw UE uznało „związki partnerskie”, a 16 umożliwia adopcję dzieci przez „pary jednopłciowe”. Znajduje też poparcie ambasadorów, rezydujących w naszym kraju, którzy przed warszawską homoparadą, w stosownym liście, apelują o „promowanie problemów dotyczących społeczności LGBT+”. Gdy Akcja Katolicka zaprosiła ich na Marsz dla Życia i Rodziny – nie odpowiedzieli.

Jak na razie nikt nie bojkotuje towarów, produkowanych przez koncerny, lansujące genderową rewolucję kulturową. Tylko 140 naukowców zachodnioeuropejskich zaprotestowało przeciwko indoktrynacji młodzieży ideologią gender.

Tymczasem samorządy kombinują, jak wprowadzić do szkół treści elgiebetycko-genderowe. Znajdują sojusznika w sądach, które oddalają uchwały o powstrzymywaniu ideologii gender, o promowaniu tradycyjnej rodziny. Nie próżnuje też TSUE, który chce narzucić krajowej administracji obowiązek wpisywania do dokumentu tożsamości dziecka, osób tej samej płci jako rodziców. Środowiska LGBT domagają się tolerancji dla swoich poglądów, ale odmawiają jej ludziom wierzącym, atakując duchownych i świątynie, dopuszczając się bluźnierstw. Właśnie trwa zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy „w obronie wolności chrześcijan”.

Przez instytucje i państwa

Gdy brukselokraci chcą obalić polski prawicowy rząd – bo „zagrożona jest praworządność i podstawowe wartości europejskie” i wprowadzić „mechanizm warunkowości” jako narzędzie nacisku finansowego, to krytyka takiego stanu rzeczy jest myślozbrodnią, nie mówiąc o bilansowaniu zysków i strat czy wyjściu z tej opresyjnej organizacji międzynarodowej. Problemem jest uzyskanie pieniędzy z KPO, które – być może – nie wpłyną przed wyborami, a wtedy nie będą w całości wydatkowane. Przybywa bowiem brukselskich warunków (polityka klimatyczna, lewicowe postulaty, wyższość TSUE nad konstytucją krajową), a wszystkie pozatraktatowe. Wytykając polską niepraworządność, brukselokraci sami postępują niepraworządnie.

Gdy wartościami europejskimi są neomarksistowska rewolucja kulturowa i rosyjski gaz – nie ma możliwości kompromisu. Problem w tym, jak nie dopuścić do tego, by instytucje UE przekraczały traktatowe kompetencje. Tak, jak w sytuacji bezprawnego karania za kopalnię Turów przez TSUE.

Tymczasem brukselokraci, skompromitowani podczas pandemii, a teraz wobec kryzysu energetycznego czy inflacji w strefie euro – nie ustają w reformowaniu polskiego wymiaru sprawiedliwości. Zlikwidowali Izbę Dyscyplinarną, pozostał jeszcze KRS, a może nawet TK. Zaś parlamentarzyści brukselscy – z większościową opcją lewicowo-liberalną –mogą przegłosować każdą absurdalną uchwałę, nie bacząc na traktaty. Pod hasłem tolerancji, godności, praw człowieka, forsują cywilizację śmierci (aborcja, eutanazja), kwestionują demokratyczne wybory w krajach członkowskich.

Jerzy Pawlas

Poprzedni artykuł„Dobijcie czerwonego gada!”
Następny artykułPost scriptum
- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article