8,3 C
Warszawa
poniedziałek, 26 września, 2022

GDZIE JEST PRAWDZIWA EUROPA?

Must read

Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych marzyliśmy o wyzwoleniu Polski spod sowieckiej dominacji i jej pełnym powrocie do rodziny narodów o kulturowych korzeniach wyrosłych ze Śródziemnomorza, jeden z uczestników studenckiej dyskusji określił, na czym będzie polegać nasze pierwsze zadanie po przegnaniu kacapskich okupantów. Jan Kamieniecki, wtedy kolega z mojego roku i absolwent bodaj już trzech fakultetów, a dziś adiunkt na Uniwersytecie Wrocławskim stwierdził, że niezbędnym pierwszym krokiem pełnego powrotu do Europy będzie musiało być wprowadzenie obowiązkowego nauczania łaciny i greki we wszystkich szkołach, począwszy od podstawowych.

       Jankowi chodziło oczywiście o to, by każdy Polak wychowywał się nie tylko żyjąc w społeczeństwie w pełnym słowa tego znaczeniu chrześcijańskim, ale też gruntownie przyswajając greckie i rzymskie fundamenty naszej cywilizacji. Bo bez chrześcijaństwa oraz solidnej znajomości greckich i rzymskich korzeni naszej kultury nikt nie jest Europejczykiem i nigdy nim nie zostanie.

       To, co bywa zwane „obaleniem komunizmu”, okazało się jednak przyjęciem przez właścicieli PRL-u bardziej efektywnego modelu ekonomicznego, który nie tylko uratował ich przed ostateczną katastrofą, ale uczynił finansową elitą kraju realizatorów obcych Polsce interesów. A o kształcie mediów, narodowej kultury i edukacji nadal decydowały postkomunistyczne indywidua zainteresowane upośledzaniem, a nie rozwojem kulturowej, narodowej czy historycznej świadomości Polaków. Jednym z pierwszych „osiągnięć” bytu szumnie zwanego III RP było więc skutkujące ich likwidacją zakończenie i tak bardzo skromnego wspierania wszelkiego rodzaju zajęć pozalekcyjnych, szkolnych drużyn harcerskich, a przede wszystkim – radykalne zmniejszenie liczby lekcji historii i języka ojczystego. To, co od 1989 roku wyprawiała rządząca Polską postkomuna, zbiegło się z procesami zachodzącymi w Europie Zachodniej. W dużej mierze były one skutkiem ogromnych pieniędzy przez kilkadziesiąt lat wykorzystywanych przez sowiecką agenturę w celu zniszczenia cywilizacyjnych podstaw Zachodu. Efekt tego jest taki, że wielka część mieszkańców zachodniej części naszego kontynentu to Europejczycy w znaczeniu tylko i wyłącznie geograficznym. W sensie kulturowym nie sposób już zaliczyć do Europejczyków większości mieszkańców Niemiec, Francji, Belgii czy Holandii. W Parlamencie Europejskim prawdziwi Europejczycy to dziś nieliczna mniejszość.

       Jeśli ktoś chce zrozumieć, czym dla berlińsko-brukselskich sterników Unii Europejskiej jest dziś to, co oni nazywają „tożsamością europejską” i co dla tych nieszczęśników oznaczać mogą „europejskie wartości”, na które tak często się powołują, ten powinien odwiedzić Dom Historii Europejskiej. Nie trzeba jeździć do Brukseli – żałosne to kuriozum obejrzeć można „spacerem internetowym”. Na jego sklecenie wydano blisko sto milionów euro, uzyskując coś, co w swych sennych marzeniach roić mogły antyeuropejskie potwory z Berią, Goebelsem, Gajdarem oraz ich towarzyszami z Kremla i Kancelarii Rzeszy. Nie ulega bowiem najmniejszych wątpliwości, że Domu Historii Europejskiej nie stworzyli żadni Europejczycy, ale upiorne (choć zarazem utytułowane, wypromowane, a jakże!) indywidua będące zaprzeczeniem europejskości.

       Nieszczęście Europy polega także na tym, że rolę hegemona odgrywają w niej dziś Niemcy. Jak wiadomo, prof. Feliks Koneczny, jeden z największych historiozofów naszego kontynentu dowodził, że nasz zachodni sąsiad w ogóle nie zalicza się do cywilizacji europejskiej.  Owszem – znalazło się w Niemczech wiele na wskroś europejskich dzieł architektury i sztuki, ale powstawały one za sprawą wąskich artystycznych elit. Już jednak tacy luminarze literatury, jak Wolfgang Goethe byli rzecznikami azjatyckich metod niszczenia tożsamości ujarzmianych narodów. Wielu historyków kultury na pytanie o przyczyny gwałtownego odwrócenia się w XVI wieku większości Niemców od Kościoła odpowiada, że wynikało to z bardzo powierzchownego związku tego narodu z chrześcijaństwem czy w ogóle – europejskością. To z tej też przyczyny tak szybko w latach trzydziestych i czterdziestych upowszechniały się w Niemczech kulty o rodowodzie pangermańskim. Zarazem zawsze silny w nich był kod kulturowy, za sprawą którego każde kolejne pokolenie dorasta z przekonaniem, że Niemcy są powołane do dominowania, do zaprowadzania własnych porządków i swojej wyższej kultury w Europie Środkowej i Wschodniej, że Niemcom się należy więcej niż innym, bo z natury rzeczy są narodem lepszym. Właśnie to odwieczne przekonanie stanęło u podstaw doktryny Mitteleuropy, która ma podlegać Niemcom (jej aktualności doświadczamy także dzisiaj). Obok terroru i ludobójstwa, dokonywanego na zagarniętych ziemiach Europy czy Afryki, to na powszechnym niemieckim przekonaniu, że są „nadludźmi” zrodził się holocaust. Naród niemiecki, nie mogąc się pogodzić z istnieniem innego, też podającego się za powołany do wyższej roli, a do tego jeszcze wręcz wybrany przez Boga, przystąpił do eksterminacji całości nacji „aspirującej do wyższości”. Holocaust był wynikiem odwiecznego niemieckiego przekonania o swoim powołaniu do górowaniu nad innymi. Ta sama, formowana narodową mitologią niemiecka mentalność dwukrotnie w XX wieku popchnęła naszych zachodnich sąsiadów do okupionych dziesiątkami milionów ofiar prób zapanowania nad światem. I z identycznych przyczyn dzisiejsze Niemcy forsują obłąkańczy projekt superpaństwa. Nazywają je europejskim, choć tak jak autorzy poprzednich tego rodzaju zamiarów, nie są Europejczykami w sensie kulturowym, lecz jedynie geograficznym. Wiele narodów zaznawało już wielokrotnie niemieckiej dominacji i zawsze była ona koszmarem. Nigdy nie miała ona nic wspólnego ze standardami Europy, a zawsze bardzo wiele – z prawami mongolskiego stepu. Absolutnie nic nie przemawia za nadzieją, że kolejne superpaństwo pod niemieckim przewodnictwem mogłoby być czymkolwiek innym.

       Analizowany przez Oreskersa, Conwaya, Buckanana, Huntingtona, Houellebecka i wielu innych kryzys cywilizacji europejskiej jest faktem. Za tą smutną prawdą przemawiają nie tylko kulturowe, obyczajowe czy społeczne procesy, rzucające się w oczy z coraz większą jaskrawością. Dobitnie świadczą o tym też liczby, dotyczące choćby demografii. W żadnym razie to jednak nie oznacza, że europejskość już przegrała i powinna się pogodzić ze swym nieuchronnym zejściem ze sceny dziejów. Przede wszystkim – nasza kultura jest tym, co w całych dziejach ludzkości najlepsze. A może jeszcze ważniejsze jest to, że ona jest po prostu – nasza. Już samo to jest powodem, by nie poddawać się nikczemnym tendencjom i bronić swojej tożsamości. Kryzys nie przesądza jeszcze o upadku. Cywilizacje współczesnego świata, których rodowód jest najstarszy, takie jak indyjska, perska, a przede wszystkim chińska, potrafiły przetrwać długie wieki swego upadku, a nawet obcego panowania. Obszary rzeczywistej europejskości od kilku dekad w szybkim tempie na naszym kontynencie zanikają. Polska należy do najsilniejszych i największych. Nasi przodkowie ratowali europejską cywilizację, odwracając szalę jej zagłady pod Chocimiem, Wiedniem, Warszawą. Nigdy podobnej roli nie odegrał nikt z Berlina czy Brukseli. Tam nigdy nie było ani prawdziwego serca Europy ani jej obrońców. Nie ma ich tam także dzisiaj.

Znów więc wygląda na to, że bastionem naszej cywilizacji ponownie musi się stać ten kraj, który bywał nim tak często jak żaden inny.

Artur Adamski

- Advertisement -spot_img

More articles

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisement -spot_img

Latest article